grudnia 31, 2007

Ostatnia ryba 2007


Rano obudził mnie telefon. Nieco niechętnie sięgnąłem go z parapetu. Okazało się, że to dzwoni Kuba, proponując ostatni w tym roku wypad na szczupaki. „Prognoza mówi, że nie będzie mocno wiało a padać będzie nie tak bardzo” – słyszę w słuchawce. Oczywiście nie trzeba było mnie namawiać. I już następnego dnia o dziewiątej rano witam się z Kubą i Rochem. Niestety pogoda nas nie rozpieszcza, ulewny deszcz i dość silne porywy wiatru. Mimo to pakujemy sprzęt na łódkę i wypływamy na jezioro.

Kilka chwil później wiatr praktycznie ustaje a i deszcz ledwo kapie. Wyniki to jeden niewielki szczupaczek, szczęśliwie mój. To ostatnia w tym roku ryba. Kilkadziesiąt minut później wiatr i deszcz przypominają nam, że to irlandzka zima. O czternastej jesteśmy powrotem na brzegu. Koniec wędkowania na ten rok. I do zobaczenia w przyszłym!

listopada 03, 2007

Dunquin


Jeszcze przed nadejściem zimowych sztormów wybieramy się na miejscówkę niedaleko miejscowości Dunquin na półwyspie Dingle. Zostawiamy samochód na rozwidleniu gruntowych dróg pomiędzy zabudowaniami i dalej już pieszo, przez pastwiska, skacząc niejednokrotnie przez ogrodzenia z drutu kolczastego zmierzamy w kierunku brzegu. W końcu docieramy do czegoś, co można nazwać miniaturowym fiordem.

Bardzo ostrożnie schodzimy po ostrych jak nóż stromych skałach jak najbliżej wody, zbroimy wędki i zaczynamy łowienie przy użyciu niewielkich gum.

Niestety ryby nas nie rozpieszczają. Od czasu do czasu, gdy ławica zbliża się do brzegu następuje seria brań, po czym następuje przerwa, wypełniana bezowocnym biczowaniem wody. Aż do nadejścia kolejnej ławicy. W tym czasie udaje się nam złowić kilka ledwie przeciętnych rdzawców.

Mnie, w ramach niewielkiej odmiany, udaje się złowić czarniaka a konkretniej czarniaczka. Jest malusi, ale przynajmniej większy niż ten złowiony przeze mnie na początku roku w Fenit.

Dzień zbliża się do końca a chwilę przed zmierzchem Tomek, jak zwykle pieczętuje nasz wypad mocniejszym akcentem w postaci rdzawca przyzwoitych rozmiarów, przynajmniej jak na rybę złowioną z brzegu.

I tak jeden z ostatnich w tym roku wypadów na ryby na półwyspie Dingle dobiega końca. W następnym tygodniu zaczynają się sztormy i wiatr wiejący z prędkością 70 km/h. Oby do marca!

września 15, 2007

Labraks 78 cm

Przez ostatnie tygodnie koniec dnia wyglądał podobnie. Polowanie na labraksa czyli europejskiego bassa morskiego. Gdy zaczynał zapadać zmierzch, wędka i kamizelka wędkarska oraz kalosze lądowały w samochodzie, a ja za jego kierownicą, ruszałem w drogę na półwysep Dingle. Na miejscu jestem zazwyczaj po zmroku. Niewielki kawałek ziemi kończący przy samej plaży gruntową drogę biegnącą pomiędzy pastwiskami. To prowizoryczny parking i punkt startu. Przebieranie i zbrojenie wędki odbywa się już w świetle latarki. Kompletna cisza, którą zakłócają tylko głosy morskich ptaków nocujących na plaży oraz rytmiczny szum fal. Do linii wody trzeba przejść od kilku do kilkudziesięciu metrów w zależności od fazy pływu.
O tej porze roku połów zaczynam zazwyczaj już w całkowitych ciemnościach. Stojąc prawie po kolana w wodzie, nasłuchuję charakterystycznego plusku, będącego znakiem, że w pobliżu żerują labraksy. Ostateczne doznanie spinningisty, słuch, wędka i potężny przeciwnik czający się w płytkiej wodzie. Bass znany jest ze swej ostrożności i siły. Nie raz już walka kończyła się rozgiętymi kotwicami woblera. Dlatego grę z rybą należy toczyć niespiesznie na niezbyt mocno dokręconym hamulcu.
Typowo po silnym braniu rozpoczyna się gwałtowna walka. Nasłuchując potężnych chlapnięć można śledzić jak walcząca ryba przemieszcza się po łowisku. Labraks nie próbuje robić długich odjazdów, raczej zdaje się od początku wiedzieć, „co jest grane” i potężnymi szarpnięciami testuje wszystkie elementy zestawu. Odjazdy, które się zdarzają, są krótkie, dzięki nim ryba odzyskuje nieco pola, ale tylko tyle, aby w następnej chwili po raz kolejny potężnie szarpnąć wędką w desperackiej próbie odzyskania wolności. Najczęściej daje się łowić ryby około 50 cm długości.
Jednak tego wieczoru w bezsterowego woblera podanego w okolice skąd przed chwilą dobiegł charakterystyczny plusk, uderzyła znacznie większa ryba. Kołowrotek raz po raz oddawał plecionkę w krótkich seriach po każdej, z których dało się słyszeć potężne chlapnięcia. Mijają minuty, ryba w każdej chwili jest gotowa wykorzystać najmniejszy błąd wędkarza i przeciążyć najsłabszy element zestawu. W końcu zmęczona, daje się wyholować na płyciznę gdzie nie ma już tyle wody, aby mogła skutecznie walczyć. Miarka wskazuje 78 cm, a więc spełnia irlandzkie normy, aby być zaklasyfikowany jako okaz!
Populacja labraksa została przetrzebiona w latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Przede wszystkim za przyczyną odłowów komercyjnych. Pomimo wprowadzenia zakazu handlu, oraz ograniczeń dla wędkarzy: ilości, wymiaru oraz okresu ochronnego, populacja odbudowuje się bardzo powoli. Bass morski, aby dorosnąć do 75 cm potrzebuje około 25 lat! Zabicie takiej ryby jest, więc niczym innym jak aktem bezmyślności i barbarzyństwa.
Tak, więc mój okaz po szybkiej sesji zdjęciowej wraca do wody. Jest w dobrej kondycji, nie wykłada się na boki ani nie błądzi w płytkiej wodzie. Od razu, sprawnie kieruje się na otwarte wody. Być może jeszcze kiedyś się z nim spotkam.

sierpnia 05, 2007

jIErkbait


Pierwszy pozakrajowy zlot forumowiczów z portalu jerkbait.pl był nadzwyczaj skromny. Jak to ujął nasz gospodaż Standerus – zlot jak co weekend. Wiele na jego temat zostało już napisane, dlatego opisze jeden tylko jego aspekt, nie poruszany w pozostałych relacjach. Był to mój pierwszy porządny kontakt z castingiem, czyli łowieniem przy użyciu wędek dostosowanych do współpracy z multiplikatorem.

Pierwszy dzień to ciężkie przynęty i polowanie na szczupaka. Wypływamy na zatokę Inny w dwie łodzie. Pogoda całkiem dobra choć pod koniec dnia, już raczej, dla wytrwałych.
Operowanie zestawem castingowym przy około 40 gramowych przynętach okazuje się nadzwyczaj łatwe. Po kilkunastu rzutach osiągane odległości podawania przynęty nie różnią się od tych osiąganych przy użyciu zwykłego kołowrotka. Hamowanie szpuli szybko staje się odruchowe i zupełnie nie poświęca się temu uwagi. Po pół dnia łowienia zestaw na tyle daje się wyczuć, że bez przeszkód wyobrażam sobie łowienie w całkowitych ciemnościach bez konieczności obserwowania przynęty i jej momentu wpadania do wody.

Drugi dzień, to druga sprawność castingowa, czyli lekkie przynęty.
Nastawiamy się na pstrągi na pobliskiej rzece. Tutaj operowanie zestawem z multiplikatorem wymaga już nieco skupienia i koordynacji. Okolica jest zarośnięta a pobliskie drzewa obwieszone całą galerią rozmaitych przynęt. Pozostałości po poprzednikach. Tym razem, szpulę multiplikatora trzeba hamować już w czasie lotu przynęty, a nie tylko w chwili jej kontaktu z woda. Oczywiście jest to nieco trudniejsze, ale ponownie po pewnym czasie staje się odruchowe i nie nastręcza jakiś szczególnych kłopotów. Niestety rzeka po nocnych ulewach jest wezbrana i bura, przez co nie mamy najmniejszych szans na pstrągi.

Podsumowując spotkanie bardzo udane. Wyborne towarzystwo, wymiana doświadczeń i rozmowy na poziomie. Możliwość organoleptycznego doświadczenia baitcastingu. Dla mnie, to na pewno nie koniec a dopiero początek takiego łowienia.

sierpnia 04, 2007

Szczupak 91 cm

Największy ryba, jaką udało mi się do tej pory złowić. Szczupak 91 cm Połów dokonany w czasie pierwszego pozakrajowego zlotu castingowego w Athlone w Irlandii. Ryba wzięła na otwartej głębokiej wodzie na żółte kopyto – 6 z dwiema dozbrojkami. Wędka castingowa St.Croix Premier do 30lb ze starym multiplikatorem ABU Ambassadeur C4 6501. Szczupak wziął bardzo delikatnie i początkowo zdawało się, że to niewielka ryba. Pozwolił podciągnąć się prawie pod łódź, gdzie mogliśmy go zobaczyć i wtedy dopiero rozpoczęła się walka. Ryba wykonała około pięciu długich odjazdów i kilka mniejszych. Warto zwrócić uwagę, że na jej ciele widać ślady pozostawione najprawdopodobniej przez jeszcze większego szczupaka.