Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metody. Pokaż wszystkie posty

maja 20, 2017

Szczupaki na jerki

Metoda jerkowa to kwintesencja łowienia szczupaków. Stosuje się ją głównie na płytkiej wodzie czyli w rzeczywistości przede wszystkim na wiosnę kiedy szczupaki są po tarle i czychają na płyciznach na wycierający się białoryb jak np. płocie. Metoda jest bardzo widowiskowa i dostarcza wiele emocji jako, że bardzo często wędkarz może widzieć rybę podążającą za przynętą i rzucającą się do ataku.

W tym roku udało się zgrać terminy i pogodę i wybrać na jezioro aby połowić szczupaków właśnie tą metodą. I jakże udany był to wyjazd. Zarówno ja jaki i mój towarzysz wyprawy TPE nie pamiętamy kiedy ostatnio na tym jeziorze mieliśmy tyle akcji! Zakończyliśmy dzień z ośmioma rybami w łodzi i kilkoma dodatkowymi braniami i odprowadzeniami. Pogoda w znacznej części była słoneczna i ciepła, nie licząc kilku gwałtownych opadów. Bardziej szczegółową relację z tej wyprawy można znaleźć w podkaście Tomaszek rzecze oraz Tommy’s Outdoors których można wysłuchać poniżej.



marca 22, 2015

Znakowanie bassów morskich

Pewnego wiosennego poranka wybrałem się jak zwykle na bassy razem z TPE, moim druhem w wędkarskiej przygodzie. Tym razem jednak poza zwykłą przygodą w naszej wyprawie było coś więcej. TPE przyłączył się niedawno do programy znakowania bassów. Jest on idealną osobą i niezwykle cennym sprzymierzeńcem takiego programu, zważywszy ilości ryb które łowi każdego roku. Idea znakowania bassów jest taka sama jak zwykle w takich przypadkach. Złowionej rybie przyczepia się niewielki znacznik, z numerem oraz danymi kontaktowymi zarządu rybołówstwa (fisheries board). Jednocześnie rybę waży się i mierzy. Dane te wraz z numerem znacznika oraz miejscem i czasem połowu przesyła się do siedziby fisheries board.

W przypadku ponownego złowienia ryby ze znaczkiem można będzie określić ile ryba urosła w czasie od ostatniego złowienia oraz potencjalnie czy i gdzie się przemieściła. Idea szczytna, niestety realia wyglądają inaczej i szczerze mówiąc pozostawiają we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze, procedura znakowania ryby zajmuje dużo czasu. Szybkie odhaczenie i wypuszczenie ryby aby zminimalizować stres i obrażenia jest niemożliwe. Po złowieniu, wędkarz musi wyjąć spory i skomplikowany przybornik. Pobrać 5 łusek z ryby, wyjąć znaczniki, załadować aplikator, zwarzyć i zmierzyć rybę, zaaplikować znacznik. Ponadto pomiary i numer znacznika muszą zostać zapisane w specjalnym dzienniku. W rezultacie ryba przebywa poza wodą kilkakrotnie dłużej niż w normalnych okolicznościach. Dodatkowo dokonanie całej operacji znakowania w przypadku łowienia w miejscu gdzie od suchego lądu wędkarza oddziela conajmniej piętnaście minut brodzenia w wodzie jest praktycznie niemożliwe.

W czasie naszej sesji oznakowaliśmy kilkanaście ryb. Jednak moim zdaniem cała procedura powinna zostać znacznie uproszczona. W obecnym kształcie, mam wątpliwości czy potencjalne dane prezentują jakąkolwiek wartość dla ochrony gatunku wobec znacznego wydłużenia czasu uwalniania ryby a co za tym idzie znacznie większego ryzyka śmierci osobnika.

kwietnia 27, 2013

Uporczywy trolling

Do tej pory troling stosowałem głównie jako sposób przemieszczania się z miejscówki na miejscówkę. Metoda ta pozwalała również na zlokalizowanie miejsca gdzie przebywają ryby. Przeważnie jednak trolling był raczej uzupełniającą niż podstawową metodą połowu.

Tegoroczne polowanie na sumy pozwoliło mi doświadczyć twardej szkoły trollingu. Typowy dzień rozpoczynał się pobudką o wpół do szóstej rano, tak aby około szóstej być już na wodzie i rozpocząć wielogodzinne pływanie w tę i z powrotem na około dwumilowym odcinku rzeki.

Wypływaliśmy jeszcze przed świtem, kiedy to przejmujący chłód poranka zmuszał nas do zakładania podwójnych spodni i kilku polarów. W miarę upływu czasu około południa chłód zastępowany był przez upał i ponad trzydziestostopniową spiekotę. My jednak nie szukaliśmy schronienia przed słońcem a dzielnie trwaliśmy na małym kawałku plastiku którym w istocie była nasza łódka. W miarę zapadania wieczoru upał ustępował miejsca wieczornemu chłodowi, który zmuszał nas do ponownego zakładania kolejnych warstw ubrań.

Pływanie kończyliśmy dobrze po zmroku. Wtedy to niezwłocznie rozpoczynało się coś w rodzaju wyścigu aby jak najszybciej pójść spać aby zregenerować siły przed kolejnym dniem. Zanim jednak to nastąpiło trzeba było przygotować sprzęt na następny dzień, posilić się, wziąć prysznic i (to najbardziej zapobiegliwi) przygotować kanapki na następny dzień. Niekiedy starczało jeszcze sił aby przed zaśnięciem obejrzeć zdjęcia zrobione w czasie dnia.

Niestety tegoroczny wyjazd przyniósł zadowalające wyniki jedynie jednemu z czterech uczestników wyprawy, który regularnie łowił sumy powyżej stu centymetrów zapisując na swoim koncie również jedną rybę mierzącą budzące respekt dwieście osiem centymetrów.


Pozostałym uczestnikom pozostało zadowolić się mniejszymi sumami oraz kilkoma dużymi sandaczami złowionymi podczas przerw w trollingu, które musieliśmy co jakiś czas robić aby oderwać się od monotonii pływania przez wiele dni w kółko tę samą trasą.


września 02, 2012

Wargacz na plastik

Łowienie wargaczy na miękkie plastikowe przynęty to niby nic nowego. Od spinningowania małymi ripperami rozpocząłem swoje połowy tych ryb. Jednak jak do tej pory wargacz rzadko był głównym celem moich łowów. Jeśli już zdarzało się nastawiać na te ryby jako przynęty używałem robaków lub krewetek. Do takich połowów służył mi zestaw spławikowy gdy łowiłem z brzegu lub paternoster z wieloma hakami gdy łowiłem z łodzi.

Tegoroczny powrót do łowienia gumowymi przynętami umożliwił mi penetrowanie nowych łowisk. Głębszych i bardziej skalistych. Takie okolice zamieszkiwane są właśnie przez wargacze. Znudzony już nieco, kilkuletnim uganianiem się za labraksami postanowiłem dla odmiany uczynić celem swoich spinningowych wypraw kolorowego wargacza kniazika (ang. ballan wrasse).

Efekty okazały się bardzo zadowalające. Ryba wielkości tej, która prezentowana jest na zdjęciu, daje przyzwoitą walkę na lekkim zestawie klasy dwunastu funtów. Dodatkowo każdy złowiony osobnik jest inaczej ubarwiony. Nawet z jednego miejsca można złowić w krótkim czasie dwie ryby znacząco różniące się kolorem i deseniem ubarwienia. Warto też zwrócić uwagę, że wargacze są bardzo wrażliwe na zmiany ciśnienia. U ryb wyjętych nawet z niewielkich głębokości można zaobserwować objawy barotraumy. Dlatego ryby te należy sprawnie wypuszczać do wody, nie przedłużając czasu jaki pozostają na powietrzu. Inną interesującą cechą wargaczy są ich duże zęby przykryte mięsistymi wargami.

Podsumowując, w przyszłości liczę na znacznie częstsze spotkania z pięknie ubarwionymi wargaczami.

sierpnia 29, 2012

Lekko z gruntu

Wędkowanie w oceanie metodą gruntową daje możliwość spotkania z wieloma interesującymi, silnymi i dobrze walczącymi gatunkami ryb. Niestety jest kilka elementów które zniechęcały mnie do tej metody wędkowania. Zwykle do połowów gruntowych stosuje się długie i bardzo mocne wędki plażowe zdolne miotać na duże odległości zestawy, niejednokrotnie dociążone ośmio czy dziesięcio uncjowymi ciężarkami.

Niezbędnymi elementami ekwipunku są także pudełka z przynętą, deska do krojenia, ciężkie pudełko z ołowianymi ciężarkami, stojak lub stojaki na wędki a także czasami krzesełko. Duża ilość ekwipunku i rozmiary samych wędek powodują że rozkładanie stanowiska wędkarskiego do surf castingu przypomina rozbijanie obozu. Nic więc dziwnego, że przy miejscówkach oddalonych o godzinę lub więcej marszu poprzez plaże bądź kamienie również samochód 4x4 a przynajmniej quad stają się nieodzownym ekwipunkiem dla wędkarza oddanego swojej gruntowej pasji.

W tym roku postanowiłem zmodyfikować swoje podejście do surf castingu. Zamieniłem swojego czterometrowego beachcastera na znacznie lżejsza, nieco ponad ośmiostopową, morską wędkę castingową z cynglem w zestawie ze sporym niskoprofilowym multiplikatorem. Zestaw obciążyłem znacznie mniejszym, trzy uncjowym ciężarkiem. Pozwoliło mi to na wędkowanie w stylu spinningowym. Dużą mobilność, łatwość zmiany miejsca bez konieczność przenoszenia ze sobą góry ekwipunku.

Tak wyposażony wyprawiałem się tego lata kilkakrotnie w miejsca w których miałem szansę na łowienie różnych gatunków płaszczek oraz ulotną nadzieję na odjazd rekina szarego. Niestety rekin nigdy się nie zmaterializował na końcu mojego zestawu jednak na pocieszenie połowy płaszczek mogę zaliczyć do udanych.

W ciągu letnich miesięcy udaje mi się złowić kilka osobników jadowitej ogończy. Ze zdziwieniem nie złowiłem ani jednej raji ciernistej, która jest wśród wędkarzy najpopularniejszym gatunkiem płaszczki. W zamian, wylądowałem cztery osobniki bardzo rzadkiej raji bruzdowanej. Najskuteczniejszą przynętą okazała się kanapka z makreli i tobiasza.


Podsumowując, eksperyment z odchudzeniem zestawu gruntowego zaliczam do udanych. Odległość na jaką podaję zestaw nie uległa drastycznemu skróceniu a kontakt z leżącym w wodzie zestawem uległ znacznemu polepszeniu. Największą jednak zaletą jest duża mobilność pozwalająca spenetrować wiele nowych miejsc.

lipca 02, 2012

Miękki plastik

Mówiąc o przynętach jakich używam na bassy morskie, śmiało mogę stwierdzić, że historia zatoczyła koło. Kiedy pięć lat temu zaczynałem je łowić, używałem głównie niewielkich gumowych przynęt na lekkich główkach jigowych. Następne w kolejności były pullbaity, które z wolna zaczęły ustępować miejsca crankbaitom. Wypada przyznać, że zmiany te były zawsze inspirowane przez mojego znakomitego kolegę Tomka który spędza niezliczone godziny nad wodą, eksperymentując.

Podobnie stało się i tym razem. Do łask powróciły więc miękkie plastikowe przynęty zbrojone główką jigową. Przynęty jakkolwiek różniące się znacznie od niegdysiejszych małych twisterów, przynoszą na myśl pierwotne próby łowienia bassów na gumę. Podstawowa różnica to wielkość przynęty. Tym razem są to pełnowymiarowe imitacje tobiaszy lub dobijaków (ang. sandeel) uzbrojone główką z hakiem offsetowym.

Dla dodatkowych wrażeń zacząłem używać znacznie lżejszej niż dotychczas wędki z małym kołowrotkiem rozmiaru 2500. Początkowe obawy dotyczące możności pewnego zacięcia ryby na tak lekkim zestawie zostały szybko rozwiane. Przy uderzeniu a także podczas holu walka z rybą jest znacznie wyrazistsza i na pewno dostarcza więcej emocji. Dodatkowo zdaje się potwierdzać obserwacja że łowimy teraz ryby większe. Czy jest to zasługa nowego rodzaju przynęt?

września 04, 2010

Belony w smudze

Jednym z klasycznych sposobów zabijania czasu podczas dryfu w oczekiwaniu na branie rekina jest łowienie belon. Ryby te, podobnie jak rekiny są przyciągane przez smugę zanęty gdzie żerują na wydostających się drobnych kawałkach rubby-dubby. Do połowu używaliśmy lekkiej wędki ze spławikiem o wyporności kilku uncji z dowiązanym długim przyponem i hakiem o rozmiarze 1/0. Za przynętę służył cienki pasek makreli. Brania następowały już po kilku do kilkunastu sekundach po zarzuceniu zestawu. Słoneczna pogoda sprawiła że belony aktywnie żerowały i zjawiły się tego dnia w bardzo dużej ilości. Wszystkie złowione ryby ważyły w okolicy jednego funta czyli progu rozmiaru okazowego. Sama walka również była bardzo interesująca z uwagi na szybkość, zmiany kierunku i widowiskowe wyskoki z wody. Dodatkowo, siła ryb wydawała się niewspółmiernie duża w porównaniu do ich rozmiaru. Aktywność belon nie ustała praktycznie do końca trwania dryfu.

kwietnia 10, 2010

Tryplet skoordynowany

Łowienie na zestawy z wieloma hakami jest jednym z podstawowych sposobów wędkowania na morzu. Poza zwiększeniem prawdopodobieństwa zwabienia i skutecznego zacięcia ryby, metoda ta daje również szansę na walkę z kilkoma rybami jednocześnie. Teoria mówi jednak, że bardziej sportowym sposobem połowu jest używanie zestawu z jednym hakiem. Poza oczywistym zmniejszeniem prawdopodobieństwa brania, chodzi przede wszystkim o sposób walki z rybą na wędce. Pojedyncza ryba na końcu zestawu pozwala lepiej wczuć się w walkę. Wędkarz walczy z rybą a ryba z wędkarzem. Podczas holu kilku ryb zaciętych na tym samym zestawie, ryby walczą również między sobą. Tym samym gra staje się mniej celowa. Naturalnie, preferowane są wtedy mocniejsze wędki, pozwalające łatwiej; siłowo wyciągnąć na powierzchnię szarpiące się ryby.

Na swoich wyprawach morskich najczęściej używam lekkiej wędki o mocy jedenastu kilo i ciężarze wyrzutu około 110g (4 oz). Podczas jednego z rejsów postanowiłem wypróbować „diabelski zestaw” (ang. devil rig). Trzy-hakowy paternoster z elementami wabiącymi wykonanymi z kawałka plastikowej, fluorescencyjnej rurki naciągniętej na hak przystrojony „makrelowym” piórkiem. Podczas jednego z opuszczeń zestawu poczułem spory opór po którym nastąpił gwałtowny odjazd ryby. Po nim drugi i trzeci silny odjazd. Przyznam, że byłem przekonany, że walczę z pojedynczą dużą rybą w myśl teorii opisanej na początku tego postu, jakoby dwie ryby zacięte na jednym zestawie nie były zdolne do skoordynowanej ucieczki. Jakież było moje zdziwienie gdy po dłuższej walce na powierzchni pojawiły się nie dwa a trzy rdzawce zacięte na mój zestaw paternoster. Tym razem zdobyczą okazały się dwa dobrych rozmiarów rdzawce i trzeci nieco mniejszy (na zdjęciu można dostrzec jego pysk przy jednym z wabików zestawu).

Wnioskiem jest więc, że nawet kilka ryb zaciętych jednocześnie na zestawie z kilkoma hakami może podjąć skoordynowaną walkę. Kluczem zdaje się być fakt, że ryby zaatakowały zestaw w pół wody. Co u wszystkich z nich zaowocowało naturalną ucieczką w kierunku dna. Zdaje się, że ten odruch dał wrażenie skoordynowanej walki, niczym z pojedynczą rybą.

lipca 05, 2009

Wrasse z łodzi

Umieszczam tego posta chyba tylko z bloggerskiego obowiązku odnotowania faktu złowienia po raz pierwszy wargacza z łodzi. Połów odbył się w pobliżu skalistego klifu, nad niewielką naturalną rafą. Do połowu użyłem typowego zestawu plażowego paternoster z dwoma haczykami. Za przynętę posłużył robak. Stugramowy ciężarek bez problemu dostarczył zestaw na niezbyt głęboko położoną rafę. Sam połów to raczej chwilowy postój w czasie rejsu którego celem były inne ryby.

października 11, 2008

Sposób na żarłacza

Druga połowa roku została zdominowana przez liczne rejsy w poszukiwaniu rekinów. Najczęstszym celem i zdobyczą był żarłacz błękitny Prionace glauca. Technice poławiania tego gatunku poświęcony jest poniższy tekst.

Technika
Typowym sposobem poławiania rekinów żerujących w toni jest wabienie ich przy pomocy smugi zanętowej. W smudze tej ustawia się kilka uzbrojonych przynęt. Łódź musi się znajdować w dryfie. Im szybciej dryfuje, tym dłuższą smugę zostawia, a więc obszar wabienia staje się większy. Z tego właśnie powodu bezwietrzna pogoda nie sprzyja łowieniu rekinów tą techniką. Można ją zaliczyć do metod spławikowych, gdyż przynęta zawieszana jest w toni właśnie za pomocą spławika, którego rolę najczęściej pełni zwykły dziecinny balonik.

Zazwyczaj w wodzie zastawia się trzy do czterech zestawów, w zależności od wielkości łodzi. Lokuje się je w różnej odległości, aby zmniejszyć szanse na splątanie. Przynętę każdego zestawu umieszcza się na innej głębokości, aby zmaksymalizować szanse na branie. Przykładowo są to głębokości: stu, pięćdziesięciu i dwudziestu pięciu stóp wody (między 30 a 5 metrów).

Zanęta
Przygotowanie zanęty to nieodłączny element rejsu w poszukiwaniu rekina. Najczęściej nazywa się ją chum , choć na wyspach brytyjskich stosuje się raczej nazwę rubby dubby w Australii natomiast nazywana jest burley. Najbardziej typową zanętą są drobno pokrojone makrele, rozgniecione z płatkami owsianymi. To niejako baza. Dodatkowo można dodać olej roślinny. Innymi typowymi dodatkami jest olej rybny, rybie wnętrzności, suszona krew czy nawet gotowe granulaty przeznaczone do wabienia rekinów.
Tak przygotowaną zanętę umieszcza się w wodzie. Najczęściej stosując do tego siatkę na cebulę, gdyż duże dziurki zapewniają kontrolowane wydostawanie się zanęty do wody. Drugi koniec może być wygodnie przywiązany do knagi czy relingu na łodzi. Oczywiście jak zwykle w takich wypadkach można znaleźć różne inne dozowniki zanęty. Od gotowych konstrukcji za spore kwoty po samoróbki z ponawiercanych wiader czy beczek.


Przynęta
Jako przynętę najczęściej używa się całej ryby, najlepiej takiej, na której żerują rekiny. Oczywiście, jak zwykle w wędkarstwie nie jest to jedyna słuszna metoda i z równie dobrym skutkiem można stosować np. flappery, czyli ogólnie mówiąc całą rybę z wyciętym kręgosłupem. W przypadku stosowania całej ryby, zalecane jest płytkie ponacinanie przynęty lub rozcięcie brzucha. Innym sposobem jest uzbrojenie żywej ryby z obciętym ogonem, która szamocąc się i krwawiąc dodatkowo wabi rekiny. Typowo, w naszej szerokości geograficznej, jako przynęta używana jest spora makrela. O ile nie ma większego sensu rozwodzić się nad możliwością stosowania innych gatunków ryb jako przynęty, o tyle warto się na chwilę zatrzymać przy sposobach ich zbrojenia. Najbardziej klasycznym sposobem jest przebicie hakiem łba ryby od dołu, tak, aby ostrze haka wyszło górną częścią głowy, czyli tzw. zbrojenie za łeb – a). Innym sposobem jest uzbrojenie całej ryby podobnie jak czyni się to z flapperem. Przekłada się hak przez dolną szczękę, od wewnętrznej strony pyska na zewnątrz, a następnie przebija się ostrze pod łukiem skrzelowym, tak, aby wyszło po stronie brzusznej, pomiędzy elementami kostnymi stanowiącymi mocowanie mięśni płetw piersiowych. Następnie energicznym ruchem pociąga się za linkę, co ustawia i stabilizuje hak w ciele ryby – b). Wadą obydwu powyższych metod jest to, że ostrze haka skierowane jest w kierunku głowy ryby stanowiącej przynętę. Rekin istynktownie chwyta rybę od głowy. Dlatego aby zwiększyć szansę zacięcia lepiej jest umieścić hak tak, aby ostrze skierowane było ku tyłowi ciała ryby będącej przynętą. Hak można umieścić tak jak w poprzednio opisanym przypadku pomiędzy płetwami piersiowymi lub też nieco dalej ku tyłowi. W obydwu przypadkach dla zapewnienia stabilności i trwałości takiego zbrojenia przypon należy przywiązać do nasady ogona przynęty za pomocą elastycznej nici do przynęt (bait elastic) – c) i d).


Zestaw
Do uzbrojenia przynęty używa się najczęściej haków o rozmiarach od 9/0 do 11/0. Zalecane jest, aby haki miały spłaszczony zadzior. Moim zdaniem jednak znacznie ważniejsze jest, aby były to haki brązowe, tak, aby szybko rdzewiały i rozpadały się w kontakcie ze słoną wodą. Jest to ważne, gdyż wyciąganie haka z pyska ryby może być tyleż trudne, co niebezpieczne. Używając brązowych haków mamy pewność, że nawet, gdy jesteśmy zmuszeni obciąć przypon, rekin maksymalnie w ciągu kilku dni pozbędzie się haka pozostawionego w jego pysku. Sam zestaw najczęściej spotyka się w dwóch odmianach. Pierwsza i jak się zdaje bardziej rozpowszechniona składa się ze stalowego przyponu ugryzieniowego (bite trace) o długości około 2 ft i wytrzymałości około 200 lb, do którego dowiązany jest przypon tarciowy (rubbing trace) z około 10 ft mono o wytrzymałości 250 – 300 lb. To do niego dopiero jest dowiązana linka główna. Taka konstrukcja zastawu ma za zadanie po pierwsze wytrzymać ugryzienia rekina a po drugie uchronić zestaw jak i rekina w czasie walki. Rekin chcąc się uwolnić obraca się wokół własnej osi zwykle oplątując się linkami. Gruby monofilament ma nie tylko przetrwać kontakt z ostrą jak papier ścierny skórą rekina, ale również zminimalizować otarcia, których doznaje zwierze w czasie walki. Wielu łowców rekinów, uważających się za doświadczonych jest gotowa umrzeć, przekonując, że taki właśnie zestaw jest najlepszy. Ma on jednak jedną zasadniczą wadę. Gdy rekin w czasie walki, owinie się w zestaw, w zasięgu jego pyska znajduje się jedynie żyłka z mono. I niezależnie czy jest pojedyncza czy podwójna i czy o wytrzymałości 300 lb czy 500 lb rekin z łatwością ją przegryzie. Efektem jest nie tylko stracona ryba, ale i prawie pewna, długotrwała śmierć rekina oplątanego naszym zestawem. Dlatego preferuję stosowanie nieco innego zestawu składającego się podobnie jak poprzednio z 2 – 3 ft przyponu ugryzieniowego z linki stalowej o wytrzymałości 300 - 350 lb, do której dołączony jest, około 15 ft odcinek powlekanego nylonem drutu o wytrzymałości 200 lb. W połowie swojej długości drut ten jest przedzielony krętlikiem, aby uniknąć poskręcania. Nylonowe powleczenie chroni rekina przed otarciami równie dobrze jak mono, natomiast daje większe szanse na sukces, gdy oplątany zestawem rekin zaczyna gryźć elementy znajdujące się w pobliżu jego pyska. Jeśli chodzi o wytrzymałość to 200 lb zestaw pozwoli wyholować każdego żarłacza błękitnego, którego można spotkać na wodach północengo Atlantyku. Przypon ugryzieniowy o mocy około 400 lb daje nam pewność siebie w wypadku spotkania z żarłaczem śledziowy, sześcioszparem lub innym większym rekinem. Obydwa przypony powinny być dołączane przy pomocy agrafek, co znacznie ułatwia demontaż całego zestawu, gdy rekin już jest na łodzi. Całość wraz z przynętą powinna być dociążona niewielkim ciężarkiem o masie około 2 oz. Ciężarek najlepiej zamocować na łączeniu przyponu ugryzieniowego. Ostatnim elementem jest spławik. Jak zostało napisane wcześniej spławik jest najczęściej zrobiony z balonika, choć spotyka się w użyciu połączone dwa spławiki o wyporności 2 oz każdy lub też niewielkie plastikowe butelki po napojach. W przypadku balonika, po wypuszczeniu zestawu na pożądaną odległość dowiązuje się go do linki głównej. Można też stosować specjalne uchwyty przesuwające się po lince głównej a blokowane w pożądanym miejscu węzłem lub innym stoperem.


Sprzęt
Opis sprzętu wypada zacząć od linki i ważnego stwierdzenia, że do połowów rekinów należy używać żyłki gdyż plecionka się do tego nie nadaje. Jest to dość oczywiste wśród ludzi łowiących duże ryby morskie czy uprawiających połowy typu big game. Niestety, często można spotkać morskich nowicjuszy, z jakimś doświadczeniem spinningowym, co gorsza, podbudowanych teoretycznie relacjami z eksperymentów doświadczonych wędkarzy, którzy z uporem lepszej sprawy chcą łowić rekiny przy pomocy plecionek. Widziałem to przynajmniej kilka razy i zawsze kończyło się tak samo. Utratą ryby. Co gorsza „Johnny Rekin” będzie taszczył ze sobą przez dłuższy czas przeszło 5 metrów dwustu-funtowego przyponu. Oczywiście doskonale rozumiem chęć eksperymentów, ale te w swej istocie można robić znając już podstawy. Posiadając opanowany warsztat i wiedząc, czego się można spodziewać. Żarłacz to często ponad 50-cio kilogramowa ryba przekraczająca dwa metry długości. Szybko pływający drapieżnik otwartych wód oceanicznych. A przy wspomnianych rozmiarach to nie leciwy dziadziuś a wchodzący w dorosłość młodzian pełen sił. Wymienię więc, kilka powodów, dla których plecionka nie nadaje się do tego zadania. Pierwszy, najbardziej oczywisty, to brak amortyzacji. Nie ma co liczyć, że wędka zamortyzuje szarże ryby. Często już w pierwszej fazie, gdy rekin dowiaduje się, że jest na wędce, jego uderzenie jest tak gwałtowne, że nierozciągliwa plecionka pęka. Dodatkowo, w wodzie znajduje się znaczna długość linki, która sama w sobie stawia znaczny opór, szczególnie, gdy drapieżnik gwałtownie zmienia kierunek ucieczki. Nie będę tu pisał o tym, że plecionka beznadziejnie łatwo przeciera się o ostrą jak papier ścierny skórę rekina. Uważam, że ma to drugorzędne znaczenie, jako że prawidłowo skonstruowany zestaw powinien przeciwdziałać jakiemukolwiek kontaktowi linki głównej z ciałem ryby. Dlatego na drugim miejscu, wymieniłbym znaczną trudność w rozplątywaniu wszelkich splątań na plecionce. Przynajmniej w porównaniu do mono. Już samo operowanie na łodzi zestawem składającym się z takiej ilości żelastwa, naraża plecionkę na zahaczenie, zaplątania i przetarcia. Zakładając jednak sprawność i czujność wędkarza, można to pominąć. Nie da się natomiast pominąć tego, że w wodzie niedaleko od siebie ląduje kilka zestawów. W czasie dryfu linki się często krzyżują i ocierają. Tak nad wodą jak i pod jej powierzchnią. Zwykle wystarczy poczekać a wiatr i pływ sprawi, że powrócą do prawidłowego układu. Jednak zwykle nie stanie się tak z plecionką. Tutaj dotykamy drugiego aspektu, łowienie na plecionkę może być niezwykle uciążliwe dla współ-łowiących, z których zestawami nasz będzie się plątał znacznie częściej niż zwykle. Pół biedy, jeśli to nasi koledzy. I tu dochodzę do trzeciego argumentu, który jest trochę powiązany z drugim. Mewy. Stada ptaków są zwykle pierwszymi istotami, które odnajdują naszą zanętę (rubby dubby). Dodatkowo wiele z nich nauczyło się kojarzyć jednostki pływające z darmowym jedzeniem. I o ile mewy rozmaitych gatunków zdają się doskonale widzieć i unikać żyłek mono, o tyle plecionka jest dla niech niewidoczna. W skrócie już ujmując powoduje to jeszcze więcej splątań nie tylko z mewą w roli głównej, ale i z zestawami w wodzie, po kolei zbieranymi w czasie ściągania własnego zestawu z szamoczącą się mewą. Jakich może to przysporzyć kłopotów wie ten, który próbował wyplątać ze sterty linek, wkurzonego i agresywnego ptaka, z dużym, ostrym dziobem o półtorametrowej rozpiętości skrzydeł. Problemowi używania plecionki poświęciłem może nienaturalnie dużo miejsca, ale wydaje mi ważne, aby uświadomić istotne fakty. Szczególnie, że często widać chęć takich eksperymentów, zwłaszcza u ludzi niemających wielkiej wprawy w tym, co robią. Reasumując jako linkę główną najlepiej użyć żyłko o mocy 40 lb. W przypadku nastawiania się na większe gatunki rekinów nawet 80 lb nie będzie wielką przesadą. Kołowrotek powinien mieścić 300 yd linki i być zaopatrzony w terkotkę. Optymalnie, jeśli ma hamulec ustawiany dźwignią a nie gwiazdą. Dodatkową zaleta jest brak wodzika, co pozwala w niektórych sytuacjach nawinąć na szpulę przypadkowe, pozostałości balonika czy nawet sam przypon ze stalowej linki. Wędka, najlepiej krótka i dość sztywna o mocy około 50 lb. Dolnik powinna mieć dostosowany do użycia buttpad-a gdyż walka z rekinem może trwać na tyle długo, że nawet tęgi wędkarz poczuje zmęczenie w rękach.

Łowienie
Samo łowienie, nie należy do najbardziej ekscytujących zajęć. Przede wszystkim dlatego, że głównie składa się na nie oczekiwanie na branie ryby. Początek łowienia wiąże się zwykle z nałowieniem odpowiedniej ilości przynęt oraz zrobieniem zanęty. Tę część można wręcz uznać za niezbyt przyjemną, chyba, że ktoś lubi babrać się w rybiej papce. Po umieszczeniu zanęty i zestawów w wodzie pozostaje już tylko czekać na, branie i odjazd ryby, sygnalizowany terkotaniem kołowrotka. Hamulec powinien być ustawiony jedynie tak, aby zapobiegał wysnuwaniu linki przez pływ i ruch łodzi. Jednocześnie stawiając minimum oporu rekinowi w czasie brania. Gdy to już nastąpi należy spokojnie poczekać kilka sekund, wyjąć wędkę z uchwytu i ustawić hamulec. Jeśli siła odjazdu nie słabnie rekin jest już najprawdopodobniej zacięty. Jeśli w momencie ustawiania hamulca wyczujemy wahanie, dobrze jest wykonać zacięcie. Nie jedno obszerne i bardzo mocne, (które zwykle kończy się zerwaniem zestawu) a kilka krótkich i mocnych. Analogia do wbijania gwoździa. Jeżeli po dokręceniu hamulca żyłka przestaje być wybierana, należy spokojnie i powoli zacząć ją zwijać. Jest bardzo prawdopodobne, że rekin ponowi atak. Samą walkę z żarłaczem błękitnym można opisać jako serię, zwykle 4 do 6, odjazdów wyzwalanych bliskością łodzi. Pomiędzy nimi ryba daje się podciągać do łodzi stawiając jedynie opór swoimi dużymi płetwami piersiowymi, których używa jak hamulców hydrodynamicznych. Gdy ryba w końcu pozwoli się podciągnąć do samej łodzi, zwykle możemy liczyć na jeszcze jeden do dwóch odjazdów spowodowanych próbą podebrania. Rekin w odruchu obronnym obraca się wokół własnej osi, dlatego w ostatniej fazie holu może się oplątać naszym zestawem. To w tym momencie zaowocuje posiadanie całego przyponu wykonanego ze stalowej linki, co opisałem w części o budowie zestawu.

Lądowanie
Podczas lądowania rekina najważniejszą sprawą jest odpowiednie obchodzenie się z nim, tak, aby nie spowodować śmiertelnych obrażeń. Rekiny jako ryby chrzęstnoszkieletowe nie posiadają żeber stanowiących klatkę piersiową. Oznacza to, że są bardzo narażone na przemieszczenie narządów wewnętrznych, które zwykle kończy się powolną śmiercią ryby. Szczególnie narażone są większe osobniki. Dlatego przebywanie ryby w pozycji pionowej poza wodą należy ograniczyć do minimum. W lądowaniu rekina bardzo pomocne są drzwi na tyle łodzi. Niestety niewiele jednostek jest wyposażona w to udogodnienie, a co za tym idzie zwykle rekina trzeba jakoś wtaszczyć na pokład pokonując wysokość burty. Wydaje się, więc że najlepszy do tego zadania jest poczciwy podbierak. Musi on jednak spełniać kilka wymogów. Po pierwsze musi być odpowiednio duży, aby zmieścić nieraz trzy metrową rybę. Materiał, z którego jest wykonany musi być odpowiednio mocy, nie tylko, aby nie przetarł się w czasie kontakty ze skórą rekina, ale także by ryba nie tak łatwo była w stanie go przegryźć. Na zdjęciu powyżej można dostrzec fragmenty siatki podbieraka w pysku ryby, która wygryzła w nim sporą dziurę w czasie podbierania. Ostatnim istotnym elementem jest pełna i odpowiednio mocna obręcz, tak, aby można było do niej dowiązać linę. W ten sposób, podczas lądowania ryby, jedna osoba operuje rękojeścią podbieraka, a druga liną przywiązaną do obręczy. Inną popularną metodą jest zarzucenie pętli z liny na ogon rekina. Metoda ta ma jednak tę wadę, że ryba znajduje się w pozycji pionowej a więc jest narażona na wspomniane przemieszczenie narządów wewnętrznych. Dlatego jeśli decydujemy się na ten sposób lądowania, dobrze jest, jeśli druga osoba pochwyci rekina osęką na pysk. Oczywiście osęka nie powinna być ostro zakończona, lub też osoba nią operująca powinna wiedzieć jak jej użyć, aby nie wyrządzić rekinowi krzywdy. Gdy rekin znajdzie się już na pokładzie zazwyczaj nadal usiłuje się obracać wokół własnej osi, co zwykle owocuje tym, że dodatkowo oplątuje się naszym zestawem. Dlatego ważne jest, aby można go było szybko rozłączyć (agrafki) i odplątać rybę. Przy wyhaczaniu niezbędna jest ostrożność z uwagi na niezwykle ostre zęby ryby. Często najlepszym rozwiązaniem jest po prostu odcięcie przyponu ugryzieniowego. Przy wypuszczaniu ryby, jeśli wymagana jest reanimacja, należy pamiętać, że rekin nie posiada komory skrzelowej, dlatego nie jest w stanie wytworzyć przepływu wody przez skrzela w bezruchu. Dlatego niezbędne jest w takim przypadku poruszanie rybą w przód i w tył, aby przepływ ten zapewnić. Jednak, jeśli użyjemy odpowiedniego sprzętu, i nie będziemy ociągać się z odhaczeniem i wypuszczeniem ryby, przestrzegając przy okazji podstawowych zasad, rekin zwykle wróci do wody w dobrym stanie.

maja 04, 2007

Labraks - europejski bass morski

Cel wyprawy: labraks czyli europejski bass morski (Dicentrarchus labrax). Miejsce to oczywiście plaża o zmroku, kiedy to bassy podchodzą blisko brzegu w poszukiwaniu zdobyczy. Pogoda idealna – kończący się ciepły i słoneczny dzień, odpływ w pełni umożliwiający zbliżenie się do przełomu głębszej i płytkiej wody, prawie bezwietrznie, powierzchnia wody lekko sfalowana, co pomaga ukryć swoją obecność przed czujnymi i ostrożnymi bassami.
Razem ze znanym części z Was kolegą meldujemy się na plaży późnym wieczorem, tuż przed zachodem słońca. Będziemy łowić na bezsterowe 9-cio centymetrowe woblery. Wędki około 3m, kołowrotki rozmiaru od 3000 do 4000. Maszerujemy niespiesznie w dół plaży, wzdłuż ciągnącego się przy niej pastwiska. W czasie obławiania będziemy wracać w kierunku samochodu. Idąc napawamy się, jak zwykle pięknymi, widokami.

Gdy słońce zbliża się do zachodu zbroimy wędki i rozpoczynamy łowienie.

Jednak tego dnia nie tylko my wybraliśmy się na ryby. Najpierw spostrzegamy niewielki „dziubek” na wodzie. Szybko i bez entuzjazmu stwierdzamy, że to nie ptak tylko foka. W wielu książkach i artykułach można przeczytać, że pojawienie się foki jest najlepszym sygnałem do zwijania sprzętu. Ona również poluje na ryby z tym, że w odróżnieniu od nagiej małpy może je aktywnie ścigać. A to jak wiadomo sprawia, że ryby przestają żerować i uciekają szukając schronienia. Nie zniechęcamy się jednak, tłumacząc sobie, że w końcu może przepłoszy trochę ryb w kierunku płytkiej wody gdzie nie będzie się zapuszczać, więc być może i my na tym skorzystamy. Kontynuujemy obławianie. Po dłuższym czasie Tomek zacina w końcu bassa. Labraks to bardzo silna ryba i niesłychanie waleczna. Rozgina kotwice w woblerach i gwałtownie i szybko zmienia kierunek ucieczki w czasie holu. Trzeba się wykazać opanowaniem i cierpliwością, ponieważ chęć szybkiego zakończenia holu lądowaniem ryby zazwyczaj kończy się jej utratą.

Jednak wprawiony w zmaganiach z bassami Tomek tym razem przechyla szalę na swoją stronę.

Ja mam jedno puknięcie, jedno przytrzymanie, ale nic poza tym. W końcu daje się słyszeć w oddali plusk wody i charakterystyczne „pfffu”. To przybyły delfiny – to ostatecznie kończy nasze złudzenia – pora się pakować. Ja tego dnia bez bassa, ale za to „złowiłem” sporego kraba. Gdy złapał w szczypce woblera, którego ja trzymałem w palcach miałem okazję poczuć jego siłę – naprawdę nie chciałbym żeby złapał mnie za palec.

Jak widać na zdjęciach krab trzymał w „rękach” samicę...
Tego dnia koniec – wracamy do samochodu i umawiamy się jutro o tej samej porze w tym samym miejscu.
Program kolejnego dnia połowu taki sam – z tym, że nie widać foki ani delfinów. Jak zwykle Tomek pierwszy zacina rybę, po krótkim holu okazuje się że to nie mały bass a troć.

Tego wieczoru jest wiele skubnięć i przytrzymań, labraksy podeszły i żerują. W krótce raz-dwa łowimy po bassie. Najpierw Tomek

A potem ja – swojego pierwszego w życiu labraksa.

Misja zakończona, ląduję 50-cio centymetrowego bassa po ostrożnym holu. Nie jest duży, ale i tak cieszy. Większe jeszcze na mnie czekają.