Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rekiny i płaszczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rekiny i płaszczki. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 06, 2013

Czternaście rekinów

Tegoroczne ciepłe lato sprawiło że również połowy żarłaczy błękitnych były wyjątkowo udane. Raporty donosiły o dużej ilości ryb łowionych podczas każdej sesji. Oczywiście nie mogłem przepuścić takiej okazji i gdy tylko okazało się że jest wolny termin niezwłocznie zabukowałem rejs na rekiny. Razem ze mną płynął mój nieodłączny towarzysz rejsów na rekiny John oraz Peresada, który był ze mną na moim pierwszym rejsie którego celem były żarłacze błękitne. Peresada mimo jeszcze kilku kolejnych prób nie miał jak do tej pory szczęścia. Złośliwi twierdzą że nie próbował dość często, w myśl zasady: im więcej próbujesz tym masz więcej szczęścia. Jako gość specjalny i jednocześnie wyznaczony fotograf popłyną z nami również Bigos, niejako z ramienia Salmo Adventures, które w owym czasie zdawało się być wygłodniałe zdjęć wszelakich o tematyce około-wędkarskiej. To też tłumaczy znaki wodne na zdjęciach z tego rejsu.

Pogoda tego dnia niestety nie była idealna ale nie była też zła. Dość spokojne może, umiarkowany do średniego wiatr zapewniał szybki dryf dzięki czemu nasza smuga zanętowa była długa. Sprawiło to, w połączeniu z bardzo wysoką jak na te rejony temperaturą wody, że nie musieliśmy czekać zbyt długo na pierwsze branie. Rozpoczął się stały ciąg kolejnych brań i następujących po nich zmagań z rekinami. Lądowaliśmy ryby od bardzo małych to osobników ponad dwu metrowych. Ostatecznie również Peresada mógł wpisać żarłacza błękitnego na listę złowionych przez siebie gatunków.

Ostatecznie podsumowujemy rejs czternastoma rekinami w łodzi. Wszystkie ryby zostają jak zwykle oznakowane, zmierzone i wypuszczone. Pod koniec dawało się już wyczuć zmęczenie spowodowane ustawicznymi holami dużych ryb podczas gdy morze stopniowo stawało się coraz bardziej niespokojne a wiatr narastał. Ostatnia duża ryba tego rejsu zmęczyła mnie już na tyle, że byłem wdzięczny naszemu szyprowi Lukowi za pomoc w trzymaniu jej do zdjęcia.

sierpnia 29, 2012

Lekko z gruntu

Wędkowanie w oceanie metodą gruntową daje możliwość spotkania z wieloma interesującymi, silnymi i dobrze walczącymi gatunkami ryb. Niestety jest kilka elementów które zniechęcały mnie do tej metody wędkowania. Zwykle do połowów gruntowych stosuje się długie i bardzo mocne wędki plażowe zdolne miotać na duże odległości zestawy, niejednokrotnie dociążone ośmio czy dziesięcio uncjowymi ciężarkami.

Niezbędnymi elementami ekwipunku są także pudełka z przynętą, deska do krojenia, ciężkie pudełko z ołowianymi ciężarkami, stojak lub stojaki na wędki a także czasami krzesełko. Duża ilość ekwipunku i rozmiary samych wędek powodują że rozkładanie stanowiska wędkarskiego do surf castingu przypomina rozbijanie obozu. Nic więc dziwnego, że przy miejscówkach oddalonych o godzinę lub więcej marszu poprzez plaże bądź kamienie również samochód 4x4 a przynajmniej quad stają się nieodzownym ekwipunkiem dla wędkarza oddanego swojej gruntowej pasji.

W tym roku postanowiłem zmodyfikować swoje podejście do surf castingu. Zamieniłem swojego czterometrowego beachcastera na znacznie lżejsza, nieco ponad ośmiostopową, morską wędkę castingową z cynglem w zestawie ze sporym niskoprofilowym multiplikatorem. Zestaw obciążyłem znacznie mniejszym, trzy uncjowym ciężarkiem. Pozwoliło mi to na wędkowanie w stylu spinningowym. Dużą mobilność, łatwość zmiany miejsca bez konieczność przenoszenia ze sobą góry ekwipunku.

Tak wyposażony wyprawiałem się tego lata kilkakrotnie w miejsca w których miałem szansę na łowienie różnych gatunków płaszczek oraz ulotną nadzieję na odjazd rekina szarego. Niestety rekin nigdy się nie zmaterializował na końcu mojego zestawu jednak na pocieszenie połowy płaszczek mogę zaliczyć do udanych.

W ciągu letnich miesięcy udaje mi się złowić kilka osobników jadowitej ogończy. Ze zdziwieniem nie złowiłem ani jednej raji ciernistej, która jest wśród wędkarzy najpopularniejszym gatunkiem płaszczki. W zamian, wylądowałem cztery osobniki bardzo rzadkiej raji bruzdowanej. Najskuteczniejszą przynętą okazała się kanapka z makreli i tobiasza.


Podsumowując, eksperyment z odchudzeniem zestawu gruntowego zaliczam do udanych. Odległość na jaką podaję zestaw nie uległa drastycznemu skróceniu a kontakt z leżącym w wodzie zestawem uległ znacznemu polepszeniu. Największą jednak zaletą jest duża mobilność pozwalająca spenetrować wiele nowych miejsc.

czerwca 09, 2012

Ogończa pastynak


Ogończa pastynak, Dasyatis pastinaca (ang. common stingray), to jedna z największych płaszczek które można złowić w Europie. Jest również jedną z nielicznych ryb które mogą być niebezpieczne dla człowieka. Ogończa posiada przy nasadzie ogona ząbkowany kolec z gruczołem jadowym. W odruchu obronnym wykonuje zamachy ogonem. Jeśli ogon zetknie się z ciałem kolec zostanie niechybnie wbity, zwykle część zostaje odłamana pozostając w ranie. W starożytności jadowite właściwości ogończy zapewniły jej miejsce wśród legend i wierzeń. W mitologii Greków, Herkules stracił palec z powodu ukłucia ogończy a Telegonus posiadał włócznię uzbrojoną w kolec ogończy.


W rzeczywistości ukąszenie ogończy bardzo rzadko jest śmiertelne. Powoduje natomiast silny ból, opuchliznę i skurcze mięśni. Inne możliwe obrażenia to: rozcięcie żył czy arterii powodowane ząbkowanymi brzegami kolca, zakażenie bakteryjne, wstrząs anafilaktyczny i także w rzadkich przypadkach śmierć. Najbardziej znanym przypadkiem była śmierć australijskiego przyrodnika Steva Irwina kiedy to kolec został wbity w jego klatkę piersiową.

Ogończa jest gatunkiem bardzo wolno rosnącym i wolno rozmnażającym się co powoduje że jej populacja jest wyjątkowo wrażliwa. Wiadomym jest również, że ryba ta jest bardzo podatna na stres który w niektórych przypadkach może nawet powodować śmierć. Dlatego wędkarzom zaleca się wyjątkowo delikatne postępowanie ze złowioną ogończą, tak aby zmaksymalizować szanse jej bezpiecznego wypuszczenia.


Dla mnie prezentowana tu ogończa to nagroda za wytrwałe odwiedzanie miejsca znanego z bogactwa występujących tam płaszczek i rekinów. Branie było delikatne i dawało się wyczuć na wędce jako charakterystyczne drżenie szczytówki. Po zacięciu od razu wiadomo było, że na wędce jest silna i ciężka ryba. Dała dobrą, zaciętą walkę tym bardziej satysfakcjonująca, że na lekkim zestawie. Po lądowaniu, obchodzenie się z silną, jadowitą i niewygodną w manipulacji rybą dostarczyło dużą dawkę dodatkowych emocji.

maja 25, 2012

Raja bruzdowana

Podczas popołudniowej sesji wędkowania z gruntu, natrafiłem na żerujące raje bruzdowane, raja undulata (ang. undulate ray). W ciągu niespełna godziny udaje mi się wylądować dwie z nich. Obie ryby były podobnych rozmiarów oscylując około siedemdziesięciu centymetrów długości. Raja bruzdowana może dorastać maksymalnie do stu centymetrów.


Miejsce połowu jest dość odległe i trudne. Odwiedzam je jedynie kilka razy każdego roku. Na wędkarza czeka tam bardzo silny prąd wody powodowany pływem, góra zielska w wodzie i zazwyczaj silny wiatr. Jednak pokonanie trudności może przynieść interesujące efekty.


Brania ryb były delikatne. Raje po zacięciu stawiały bierny opór, pokazując swoją pełną siłę dopiero przy brzegu. Szybkie zacięcia owocowały doskonałym, płytkim zahaczeniem obydwu ryb, za kąt pyska. Raja bruzdowana jest gatunkiem zagrożonym.

maja 11, 2012

Mała ogończa

Odwiedziłem przelotnie jedno ze starych miejsc. Jedno z tych, których nie odwiedzałem od ponad roku. Okazało się również, jednym z tych które nie zostały zmienione przez zimowe sztormy. Na kawałek makreli połaszczyła się mała ogończa pastynak (Dasyatis pastinaca). Ryba była lekko zahaczona co ułatwiało jej uwolnienie, pozostając jednocześnie w bezpiecznej odległości od jej jadowitego kolca. Korzystając z zalewających ją fal, rybka sprawnie odwraca się i ucieka w odmęty zatoki.




września 25, 2011

Mała lamna

To zaiste gorzki sukces. Przez ostatnie cztery lata żarłacz śledziowy (Lamna nasus) znajdował się na szczycie listy gatunków których jeszcze nie złowiłem. W tym czasie oprócz niezliczonych wypraw na rekiny, podjąłem kilka mających na celu złowienie akurat tego gatunku. Przejechałem setki kilometrów w odległe zakątki lądu i przepłynąłem setki mil na różnych łodziach. Mimo to wciąż porbeagle pozostawał nieuchwytny.

Przyczyną takiego stanu rzeczy jest załamanie się populacji tego rekina na północnym Atlantyku. Mimo jasnych dowodów naukowych dotyczących gwałtownie zmniejszającej się liczebności tej ryby oraz zaklasyfikowaniu jej do gatunków zagrożonych wymarciem, nadal kontynuowane są połowy komercyjne. Na targach rybnych Hiszpanii czy Francji można zobaczyć liczne skrzynki wypełnione martwymi ciałami tych ginących rekinów.

Miałem nadzieję, że zanim gatunek ten zniknie z oceanów uda mi się z nim stoczyć walkę przy użyciu wędki i linki. Żarłacz śledziowy jest dużym rekinem, blisko spokrewnionym z żarłaczem białym. Gdy rekiny te były jeszcze popularnie spotykane, żarłacz błękitny który w dzisiejszych czasach jest podstawowym gatunkiem wędkarskim, był wówczas traktowany jako niechciany przyłów. Porbeagle jest rekinem wyraźnie większym i silniejszym dającym dłuższą i cięższą walkę.

W czasie jednego z niedawnych rejsów, po niezbyt silnym odjeździe, zaciąłem rybę którą wszyscy wzięliśmy za niewielkiego rekina błękitnego. Już przy samej łodzi z niejakim zdziwienie spostrzegliśmy, że na haku znajduje się mały żarłacz śledziowy. Na pokładzie waga pokazała marne trzydzieści funtów. Początkowa radość ustępuje miejsca smutkowi. Mam nadzieję że uda mi się jeszcze stoczyć wędkarski pojedynek z ponad stu funtowym żarłaczem śledziowym.

Rekin ten tradycyjnie kojarzony jest ze śledziami. Wskazuje na to nie tylko jego polska nazwa, żarłacz śledziowy ale również w języku angielskim nazywa się go czasami herring shark, rekin śledziowy. Tak się więc stało, czy to przypadkiem czy też wcale nie, że pierwszego żarłacza śledziowego złowiłem na tym samym rejsie na którym po raz pierwszy złowiłem śledzia.

września 24, 2011

16 minut czekania 20 minut walki

Klasyczny wrześniowy wypad na rekiny. Słoneczna pogoda, niewielki wiatr, akurat taki aby łódź dryfowała z odpowiednią prędkością. Morze nadal rozbujane po kilku tygodniach załamania pogody. Wypuszczamy smugę zanęty i wypuszczamy zestawy z martwą makrelą. Pierwszy odjazd następuje już po rekordowo krótkim, zaledwie szesnastominutowym oczekiwaniu. Walka z rekinem zajmuje mi kolejne dwadzieścia minut. Po raz pierwszy więc dla mnie, czas oczekiwania na branie rekina był krótszy niż sama z nim walka. Fakt godny odnotowania.


sierpnia 28, 2010

SAI Blue Shark Meet 2010

Tegoroczne spotkanie SAI Blue Shark Meet okazało się być moją najlepszą jak dotąd sesją big game. Dopisywała nam piękna słoneczna pogoda i wręcz idealny wiatr dający szybki dryf jednak nie będący zbyt uciążliwy na pokładzie.

Nowością w stosunku do poprzednich lat było użycie żywych przynęt obok typowych przynęt z martwej rybki. Ku naszemu zdziwieniu już po dwunastu minutach (!) od zarzucenia wędki nastąpił odjazd na zestawie z żywcem. Niestety ryba została stracona najprawdopodobniej z powodu zbyt małego haka. W dalszej części rejsu zestaw ten był uzbrojony w małą (joey) makrelę co zaowocowało braniem okazowej belony, której branie było tak gwałtowne że wzięliśmy je za odjazd rekina.

Pierwszą i jak się później okazało największą rybą rejsu była samica żarłacza o rozmiarach FL: 192 cm, TL: 226 cm, G: 84 cm, szacowana na około 130 lb. Oznacza to że ryba ta jest moim największym żarłaczem do tej pory. Była to również moja najdłuższa walka z rybą, trwająca 60 minut. Ryba została oznaczona tagiem numer: 34729

Jakiś czas potem dostrzegliśmy kilka rekinów różnej wielkości pływających w smudze zanęty. Po kolei następują brania dwóch niewielkich rekinów które zostają przez nas pewnie złowione. Kilka chwil później następuje kolejne branie na mojej wędce. Tym razem dokręcam mocniej hamulec i staram się wywierać większą presję na rybę. Po dłuższej walce udaje mi się złowić kolejnego dużego żarłacza, którego szacujemy na około 100 lb. Ryba jest bardzo gruba FL: 178 cm, TL: 217 cm, G: 84 cm, Tag: 42052

W rezultacie sesję kończymy wynikiem pięciu brań i czterech złowionych ryb, w tym dwóch szacowanych powyżej 100 funtów masy ciała.

lipca 30, 2010

Wielki Blues z Donegalu

To spotkanie oryginalnie było zaplanowane jako SAI Porbeagle Meet, jednak żarłacze śledziowe, zgodnie z raportami, przestały pokazywać się w miejscu w którym zamierzaliśmy łowić na około dwa tygodnie przed planowanym rejsem.

Mimo to wypłynęliśmy aby sprawdzić czy przypadkiem już nie powróciły. Łódź została zakotwiczona w malowniczym przesmyku pomiędzy górami, gdzie łowiliśmy do godziny piętnastej na zestawy z żywą rybką. Niestety, bez powodzenia. Przenieśliśmy się więc nieco dalej na otwarte wody gdzie ustawiliśmy się w dryf.

Pod koniec dnia na jednej z wędek zanotowaliśmy branie. Ryba pochwyciła żywą przynętę i z furią zaczęła wybierać linkę z kołowrotka, opróżniając go niemal całkowicie. Opróżnienia kołowrotka i straty rekina udało się uniknąć tylko dzięki przytomnej reakcji szypra, który uruchomił silniki i ruszył w pogoń za rybą. Wywiązała się trwająca osiemdziesiąt minut walka z rekinem. Wszyscy na pokładzie, włącznie z szyprem, byli przekonani, że na wędce kolegi jest lamna na którą się nastawialiśmy.

Jakież było nasze zdziwienie gdy przy łodzi okazało się że to duża samica żarłacza błękitnego. Ryba mierzyła siedemdziesiąt cztery i pół cala długości, do rozwidlenia ogona i trzydzieści cztery cale obwodu, co przekłada się na szacowaną wagę około stu dwudziestu funtów.

lipca 18, 2010

SAI Tope & Blue Shark Meet 2010

To już trzecie doroczne spotkanie SAI, tradycyjnie znaczące szczyt sezonu na rekiny szare (ang. tope) i jednocześnie początek sezonu na żarłacze błękitne. Dzień pierwszy to duże nadzieje związane z rekinami szarymi. Ostatnie raporty pochodzące z Clare Dragoon mówiły o nawet dwudziestu czterech rybach złowionych w czasie dwugodzinnej sesji pomiędzy 4 wędkarzy. Niestety tego dnia pogoda była znacznie gorsza. W rezultacie na pierwszej miejscówce zanotowaliśmy dwie złowione ryby i jedno porzucone branie. Narastający wiatr zmusił nas do zmiany miejsca. W czasie drogi na kolejną miejscówkę próbowaliśmy złowić kilka świeżych makrel na przynętę. Jednak nasze wysiłki okazały się daremne. Na drugiej miejscówce udało się złowić jedynie niewielką raję ciernistą i raję nakrapianą (Raja Motagui). Odnotowaliśmy też branie rekina szarego który niestety w czasie holu zmienił się w kupę zielska.

Drugi dzień to polowanie na żarłacza błękitnego. Na jedyne branie tego dnia przyszło nam czekać od godziny jedenastej rano, kiedy to rozpoczęliśmy dryf, aż do dwadzieścia po czwartej po południu. W międzyczasie dłużący się czas umilały nam brania plamiaków i dużych witlinków na klasyczne zestawy paternoster. Odjazd nastąpił właściwie gdy już pogodziliśmy się z myślą o porażce. Rekin w pierwszej kolejności wziął przynętę Johna. Ryba jednak wypluła przynętę po kilkunastu sekundach holu. Po chwili rekin pochwycił moją przynętę. Używałem lekkiej, trzydziesto funtowej linki. Z tego powodu, nie mogłem wywierać na rybę zbyt dużej presji. Efektem była pasjonująca i zacięta, piętnastominutowa walka. Rekin był bardzo delikatnie zacięty. Wydaje się że lżejsza linka zadziałała w tym wypadku na moją korzyść. Gdybym dysponował mocniejszą linką, prawdopodobnie stracił bym rybę w wyniku wyrwania haka z pyska, spowodowanego siłowym holem.

listopada 05, 2009

Blues


Z pewnym opóźnieniem umieszczam, prezentowany już klip, będący podsumowaniem tegorocznego sezonu na rekiny błękitne. To coś w rodzaju wspomnienia lata, choć tegoroczne było nadzwyczaj deszczowe i wietrzne. Z tego powodu prawie połowa zaplanowanych rejsów została odwołana lub przełożona na niemożliwe terminy.

sierpnia 23, 2009

Morze, wiatr i rekiny

Odpowiednia pora roku na żarłacze błękitne. Temperatura wody też dobra bo w okolicach 16 stopni. Niestety mimo wielu, wielu zaplanowanych rejsów jak do tej pory do skutku doszły jedynie trzy. Uporczywie utrzymujące się na północnym Atlantyku obszary niskiego ciśnienia powodują że pogoda jest bardzo niestabilna i niestety wietrzna. Za bardzo wietrzna. Owocuje to odwoływaniem i przekładaniem kolejnych i kolejnych zaplanowanych rejsów. Poniżej krótki klip z jednego z rejsów który się jednak odbył.


Specjalne podziękowania dla TPE, który nagrał końcówkę holu bez mojej wiedzy. Dobra robota! To co nie zostało uwiecznione to początkowy odjazd i chaos jaki zapanował na pokładzie po tym jak rekin wykonał pełne okrężnie wokół łodzi.

Powyżej kolejny tegoroczny rekin. Niestety jak widać nie zbyt duży ale za to doskonale prezentuje, typową, nie zbyt zadowoloną, rekinią mine.

Łowienie ryb rafowych w czasie rejsu za rekinami nie tylko pomaga zabić czas w oczekiwaniu na kolejne branie ale także spełnia rolę dodatkowego wabika na rekiny, które z wielkiej odległości wyczuwają wibracje wytwarzane przez walczące i szamoczące się na wędce ryby. Na zdjęciu powyżej dwucyfrowy (10 lb) rdzawiec.

Pozostaje liczyć na poprawę pogody w najbliższych tygodniach i czekać na największego rekina.

lipca 19, 2009

SAI Tope & Shark Meet 2009

Tegoroczne spotkanie, przypadające na pełnię sezonu na rekiny szare i jednocześnie początek sezonu na żarłacze błękitne, było dość dokładną powtórką zeszłorocznej imprezy. Pierwszy dzień podzielony był na dwie części. Poranek pierwszego dnia, tradycyjnie został poświęcony na łowienie makreli celem późniejszego przyrządzenia zanęty. Gdy już nałowiliśmy odpowiednią ilość przynęt, pozostało nam jeszcze trochę czasu, zanim musieliśmy wyruszyć w kierunku miejsca połowu rekinów szarych.

Zamiarem było rozpoczęcie łowienia na dwie godziny przed maksimum pływu. Tak więc ten „wolny czas” spędziliśmy włócząc się od rafy do rafy, próbując różnych technik na różne gatunki. Bez jakiś oszałamiających wyników. Dwie godne uwagi ryby to ponad metrowa, gruba molwa i około-okazowych rozmiarów witlinek. Po nieco dłużącej się drodze na miejscówkę rozpoczęliśmy połów. Efekt to 9 rekinów szary pomiędzy 5 wędkarzy (1 bez ryby).

Kolejny dzień to nasze otwarcie sezonu na niebieskie rekiny. Pora roku jest już odpowiednia ale lokalizacja jeszcze trochę zbyt północna. W efekcie lądujemy tylko jednego rekina który bierze na jedną z przynęt na piętnaście minut przed planowanym powrotem. Ryba mierzy 222 cm i szacujemy ją na około 85 lb.

października 11, 2008

Sposób na żarłacza

Druga połowa roku została zdominowana przez liczne rejsy w poszukiwaniu rekinów. Najczęstszym celem i zdobyczą był żarłacz błękitny Prionace glauca. Technice poławiania tego gatunku poświęcony jest poniższy tekst.

Technika
Typowym sposobem poławiania rekinów żerujących w toni jest wabienie ich przy pomocy smugi zanętowej. W smudze tej ustawia się kilka uzbrojonych przynęt. Łódź musi się znajdować w dryfie. Im szybciej dryfuje, tym dłuższą smugę zostawia, a więc obszar wabienia staje się większy. Z tego właśnie powodu bezwietrzna pogoda nie sprzyja łowieniu rekinów tą techniką. Można ją zaliczyć do metod spławikowych, gdyż przynęta zawieszana jest w toni właśnie za pomocą spławika, którego rolę najczęściej pełni zwykły dziecinny balonik.

Zazwyczaj w wodzie zastawia się trzy do czterech zestawów, w zależności od wielkości łodzi. Lokuje się je w różnej odległości, aby zmniejszyć szanse na splątanie. Przynętę każdego zestawu umieszcza się na innej głębokości, aby zmaksymalizować szanse na branie. Przykładowo są to głębokości: stu, pięćdziesięciu i dwudziestu pięciu stóp wody (między 30 a 5 metrów).

Zanęta
Przygotowanie zanęty to nieodłączny element rejsu w poszukiwaniu rekina. Najczęściej nazywa się ją chum , choć na wyspach brytyjskich stosuje się raczej nazwę rubby dubby w Australii natomiast nazywana jest burley. Najbardziej typową zanętą są drobno pokrojone makrele, rozgniecione z płatkami owsianymi. To niejako baza. Dodatkowo można dodać olej roślinny. Innymi typowymi dodatkami jest olej rybny, rybie wnętrzności, suszona krew czy nawet gotowe granulaty przeznaczone do wabienia rekinów.
Tak przygotowaną zanętę umieszcza się w wodzie. Najczęściej stosując do tego siatkę na cebulę, gdyż duże dziurki zapewniają kontrolowane wydostawanie się zanęty do wody. Drugi koniec może być wygodnie przywiązany do knagi czy relingu na łodzi. Oczywiście jak zwykle w takich wypadkach można znaleźć różne inne dozowniki zanęty. Od gotowych konstrukcji za spore kwoty po samoróbki z ponawiercanych wiader czy beczek.


Przynęta
Jako przynętę najczęściej używa się całej ryby, najlepiej takiej, na której żerują rekiny. Oczywiście, jak zwykle w wędkarstwie nie jest to jedyna słuszna metoda i z równie dobrym skutkiem można stosować np. flappery, czyli ogólnie mówiąc całą rybę z wyciętym kręgosłupem. W przypadku stosowania całej ryby, zalecane jest płytkie ponacinanie przynęty lub rozcięcie brzucha. Innym sposobem jest uzbrojenie żywej ryby z obciętym ogonem, która szamocąc się i krwawiąc dodatkowo wabi rekiny. Typowo, w naszej szerokości geograficznej, jako przynęta używana jest spora makrela. O ile nie ma większego sensu rozwodzić się nad możliwością stosowania innych gatunków ryb jako przynęty, o tyle warto się na chwilę zatrzymać przy sposobach ich zbrojenia. Najbardziej klasycznym sposobem jest przebicie hakiem łba ryby od dołu, tak, aby ostrze haka wyszło górną częścią głowy, czyli tzw. zbrojenie za łeb – a). Innym sposobem jest uzbrojenie całej ryby podobnie jak czyni się to z flapperem. Przekłada się hak przez dolną szczękę, od wewnętrznej strony pyska na zewnątrz, a następnie przebija się ostrze pod łukiem skrzelowym, tak, aby wyszło po stronie brzusznej, pomiędzy elementami kostnymi stanowiącymi mocowanie mięśni płetw piersiowych. Następnie energicznym ruchem pociąga się za linkę, co ustawia i stabilizuje hak w ciele ryby – b). Wadą obydwu powyższych metod jest to, że ostrze haka skierowane jest w kierunku głowy ryby stanowiącej przynętę. Rekin istynktownie chwyta rybę od głowy. Dlatego aby zwiększyć szansę zacięcia lepiej jest umieścić hak tak, aby ostrze skierowane było ku tyłowi ciała ryby będącej przynętą. Hak można umieścić tak jak w poprzednio opisanym przypadku pomiędzy płetwami piersiowymi lub też nieco dalej ku tyłowi. W obydwu przypadkach dla zapewnienia stabilności i trwałości takiego zbrojenia przypon należy przywiązać do nasady ogona przynęty za pomocą elastycznej nici do przynęt (bait elastic) – c) i d).


Zestaw
Do uzbrojenia przynęty używa się najczęściej haków o rozmiarach od 9/0 do 11/0. Zalecane jest, aby haki miały spłaszczony zadzior. Moim zdaniem jednak znacznie ważniejsze jest, aby były to haki brązowe, tak, aby szybko rdzewiały i rozpadały się w kontakcie ze słoną wodą. Jest to ważne, gdyż wyciąganie haka z pyska ryby może być tyleż trudne, co niebezpieczne. Używając brązowych haków mamy pewność, że nawet, gdy jesteśmy zmuszeni obciąć przypon, rekin maksymalnie w ciągu kilku dni pozbędzie się haka pozostawionego w jego pysku. Sam zestaw najczęściej spotyka się w dwóch odmianach. Pierwsza i jak się zdaje bardziej rozpowszechniona składa się ze stalowego przyponu ugryzieniowego (bite trace) o długości około 2 ft i wytrzymałości około 200 lb, do którego dowiązany jest przypon tarciowy (rubbing trace) z około 10 ft mono o wytrzymałości 250 – 300 lb. To do niego dopiero jest dowiązana linka główna. Taka konstrukcja zastawu ma za zadanie po pierwsze wytrzymać ugryzienia rekina a po drugie uchronić zestaw jak i rekina w czasie walki. Rekin chcąc się uwolnić obraca się wokół własnej osi zwykle oplątując się linkami. Gruby monofilament ma nie tylko przetrwać kontakt z ostrą jak papier ścierny skórą rekina, ale również zminimalizować otarcia, których doznaje zwierze w czasie walki. Wielu łowców rekinów, uważających się za doświadczonych jest gotowa umrzeć, przekonując, że taki właśnie zestaw jest najlepszy. Ma on jednak jedną zasadniczą wadę. Gdy rekin w czasie walki, owinie się w zestaw, w zasięgu jego pyska znajduje się jedynie żyłka z mono. I niezależnie czy jest pojedyncza czy podwójna i czy o wytrzymałości 300 lb czy 500 lb rekin z łatwością ją przegryzie. Efektem jest nie tylko stracona ryba, ale i prawie pewna, długotrwała śmierć rekina oplątanego naszym zestawem. Dlatego preferuję stosowanie nieco innego zestawu składającego się podobnie jak poprzednio z 2 – 3 ft przyponu ugryzieniowego z linki stalowej o wytrzymałości 300 - 350 lb, do której dołączony jest, około 15 ft odcinek powlekanego nylonem drutu o wytrzymałości 200 lb. W połowie swojej długości drut ten jest przedzielony krętlikiem, aby uniknąć poskręcania. Nylonowe powleczenie chroni rekina przed otarciami równie dobrze jak mono, natomiast daje większe szanse na sukces, gdy oplątany zestawem rekin zaczyna gryźć elementy znajdujące się w pobliżu jego pyska. Jeśli chodzi o wytrzymałość to 200 lb zestaw pozwoli wyholować każdego żarłacza błękitnego, którego można spotkać na wodach północengo Atlantyku. Przypon ugryzieniowy o mocy około 400 lb daje nam pewność siebie w wypadku spotkania z żarłaczem śledziowy, sześcioszparem lub innym większym rekinem. Obydwa przypony powinny być dołączane przy pomocy agrafek, co znacznie ułatwia demontaż całego zestawu, gdy rekin już jest na łodzi. Całość wraz z przynętą powinna być dociążona niewielkim ciężarkiem o masie około 2 oz. Ciężarek najlepiej zamocować na łączeniu przyponu ugryzieniowego. Ostatnim elementem jest spławik. Jak zostało napisane wcześniej spławik jest najczęściej zrobiony z balonika, choć spotyka się w użyciu połączone dwa spławiki o wyporności 2 oz każdy lub też niewielkie plastikowe butelki po napojach. W przypadku balonika, po wypuszczeniu zestawu na pożądaną odległość dowiązuje się go do linki głównej. Można też stosować specjalne uchwyty przesuwające się po lince głównej a blokowane w pożądanym miejscu węzłem lub innym stoperem.


Sprzęt
Opis sprzętu wypada zacząć od linki i ważnego stwierdzenia, że do połowów rekinów należy używać żyłki gdyż plecionka się do tego nie nadaje. Jest to dość oczywiste wśród ludzi łowiących duże ryby morskie czy uprawiających połowy typu big game. Niestety, często można spotkać morskich nowicjuszy, z jakimś doświadczeniem spinningowym, co gorsza, podbudowanych teoretycznie relacjami z eksperymentów doświadczonych wędkarzy, którzy z uporem lepszej sprawy chcą łowić rekiny przy pomocy plecionek. Widziałem to przynajmniej kilka razy i zawsze kończyło się tak samo. Utratą ryby. Co gorsza „Johnny Rekin” będzie taszczył ze sobą przez dłuższy czas przeszło 5 metrów dwustu-funtowego przyponu. Oczywiście doskonale rozumiem chęć eksperymentów, ale te w swej istocie można robić znając już podstawy. Posiadając opanowany warsztat i wiedząc, czego się można spodziewać. Żarłacz to często ponad 50-cio kilogramowa ryba przekraczająca dwa metry długości. Szybko pływający drapieżnik otwartych wód oceanicznych. A przy wspomnianych rozmiarach to nie leciwy dziadziuś a wchodzący w dorosłość młodzian pełen sił. Wymienię więc, kilka powodów, dla których plecionka nie nadaje się do tego zadania. Pierwszy, najbardziej oczywisty, to brak amortyzacji. Nie ma co liczyć, że wędka zamortyzuje szarże ryby. Często już w pierwszej fazie, gdy rekin dowiaduje się, że jest na wędce, jego uderzenie jest tak gwałtowne, że nierozciągliwa plecionka pęka. Dodatkowo, w wodzie znajduje się znaczna długość linki, która sama w sobie stawia znaczny opór, szczególnie, gdy drapieżnik gwałtownie zmienia kierunek ucieczki. Nie będę tu pisał o tym, że plecionka beznadziejnie łatwo przeciera się o ostrą jak papier ścierny skórę rekina. Uważam, że ma to drugorzędne znaczenie, jako że prawidłowo skonstruowany zestaw powinien przeciwdziałać jakiemukolwiek kontaktowi linki głównej z ciałem ryby. Dlatego na drugim miejscu, wymieniłbym znaczną trudność w rozplątywaniu wszelkich splątań na plecionce. Przynajmniej w porównaniu do mono. Już samo operowanie na łodzi zestawem składającym się z takiej ilości żelastwa, naraża plecionkę na zahaczenie, zaplątania i przetarcia. Zakładając jednak sprawność i czujność wędkarza, można to pominąć. Nie da się natomiast pominąć tego, że w wodzie niedaleko od siebie ląduje kilka zestawów. W czasie dryfu linki się często krzyżują i ocierają. Tak nad wodą jak i pod jej powierzchnią. Zwykle wystarczy poczekać a wiatr i pływ sprawi, że powrócą do prawidłowego układu. Jednak zwykle nie stanie się tak z plecionką. Tutaj dotykamy drugiego aspektu, łowienie na plecionkę może być niezwykle uciążliwe dla współ-łowiących, z których zestawami nasz będzie się plątał znacznie częściej niż zwykle. Pół biedy, jeśli to nasi koledzy. I tu dochodzę do trzeciego argumentu, który jest trochę powiązany z drugim. Mewy. Stada ptaków są zwykle pierwszymi istotami, które odnajdują naszą zanętę (rubby dubby). Dodatkowo wiele z nich nauczyło się kojarzyć jednostki pływające z darmowym jedzeniem. I o ile mewy rozmaitych gatunków zdają się doskonale widzieć i unikać żyłek mono, o tyle plecionka jest dla niech niewidoczna. W skrócie już ujmując powoduje to jeszcze więcej splątań nie tylko z mewą w roli głównej, ale i z zestawami w wodzie, po kolei zbieranymi w czasie ściągania własnego zestawu z szamoczącą się mewą. Jakich może to przysporzyć kłopotów wie ten, który próbował wyplątać ze sterty linek, wkurzonego i agresywnego ptaka, z dużym, ostrym dziobem o półtorametrowej rozpiętości skrzydeł. Problemowi używania plecionki poświęciłem może nienaturalnie dużo miejsca, ale wydaje mi ważne, aby uświadomić istotne fakty. Szczególnie, że często widać chęć takich eksperymentów, zwłaszcza u ludzi niemających wielkiej wprawy w tym, co robią. Reasumując jako linkę główną najlepiej użyć żyłko o mocy 40 lb. W przypadku nastawiania się na większe gatunki rekinów nawet 80 lb nie będzie wielką przesadą. Kołowrotek powinien mieścić 300 yd linki i być zaopatrzony w terkotkę. Optymalnie, jeśli ma hamulec ustawiany dźwignią a nie gwiazdą. Dodatkową zaleta jest brak wodzika, co pozwala w niektórych sytuacjach nawinąć na szpulę przypadkowe, pozostałości balonika czy nawet sam przypon ze stalowej linki. Wędka, najlepiej krótka i dość sztywna o mocy około 50 lb. Dolnik powinna mieć dostosowany do użycia buttpad-a gdyż walka z rekinem może trwać na tyle długo, że nawet tęgi wędkarz poczuje zmęczenie w rękach.

Łowienie
Samo łowienie, nie należy do najbardziej ekscytujących zajęć. Przede wszystkim dlatego, że głównie składa się na nie oczekiwanie na branie ryby. Początek łowienia wiąże się zwykle z nałowieniem odpowiedniej ilości przynęt oraz zrobieniem zanęty. Tę część można wręcz uznać za niezbyt przyjemną, chyba, że ktoś lubi babrać się w rybiej papce. Po umieszczeniu zanęty i zestawów w wodzie pozostaje już tylko czekać na, branie i odjazd ryby, sygnalizowany terkotaniem kołowrotka. Hamulec powinien być ustawiony jedynie tak, aby zapobiegał wysnuwaniu linki przez pływ i ruch łodzi. Jednocześnie stawiając minimum oporu rekinowi w czasie brania. Gdy to już nastąpi należy spokojnie poczekać kilka sekund, wyjąć wędkę z uchwytu i ustawić hamulec. Jeśli siła odjazdu nie słabnie rekin jest już najprawdopodobniej zacięty. Jeśli w momencie ustawiania hamulca wyczujemy wahanie, dobrze jest wykonać zacięcie. Nie jedno obszerne i bardzo mocne, (które zwykle kończy się zerwaniem zestawu) a kilka krótkich i mocnych. Analogia do wbijania gwoździa. Jeżeli po dokręceniu hamulca żyłka przestaje być wybierana, należy spokojnie i powoli zacząć ją zwijać. Jest bardzo prawdopodobne, że rekin ponowi atak. Samą walkę z żarłaczem błękitnym można opisać jako serię, zwykle 4 do 6, odjazdów wyzwalanych bliskością łodzi. Pomiędzy nimi ryba daje się podciągać do łodzi stawiając jedynie opór swoimi dużymi płetwami piersiowymi, których używa jak hamulców hydrodynamicznych. Gdy ryba w końcu pozwoli się podciągnąć do samej łodzi, zwykle możemy liczyć na jeszcze jeden do dwóch odjazdów spowodowanych próbą podebrania. Rekin w odruchu obronnym obraca się wokół własnej osi, dlatego w ostatniej fazie holu może się oplątać naszym zestawem. To w tym momencie zaowocuje posiadanie całego przyponu wykonanego ze stalowej linki, co opisałem w części o budowie zestawu.

Lądowanie
Podczas lądowania rekina najważniejszą sprawą jest odpowiednie obchodzenie się z nim, tak, aby nie spowodować śmiertelnych obrażeń. Rekiny jako ryby chrzęstnoszkieletowe nie posiadają żeber stanowiących klatkę piersiową. Oznacza to, że są bardzo narażone na przemieszczenie narządów wewnętrznych, które zwykle kończy się powolną śmiercią ryby. Szczególnie narażone są większe osobniki. Dlatego przebywanie ryby w pozycji pionowej poza wodą należy ograniczyć do minimum. W lądowaniu rekina bardzo pomocne są drzwi na tyle łodzi. Niestety niewiele jednostek jest wyposażona w to udogodnienie, a co za tym idzie zwykle rekina trzeba jakoś wtaszczyć na pokład pokonując wysokość burty. Wydaje się, więc że najlepszy do tego zadania jest poczciwy podbierak. Musi on jednak spełniać kilka wymogów. Po pierwsze musi być odpowiednio duży, aby zmieścić nieraz trzy metrową rybę. Materiał, z którego jest wykonany musi być odpowiednio mocy, nie tylko, aby nie przetarł się w czasie kontakty ze skórą rekina, ale także by ryba nie tak łatwo była w stanie go przegryźć. Na zdjęciu powyżej można dostrzec fragmenty siatki podbieraka w pysku ryby, która wygryzła w nim sporą dziurę w czasie podbierania. Ostatnim istotnym elementem jest pełna i odpowiednio mocna obręcz, tak, aby można było do niej dowiązać linę. W ten sposób, podczas lądowania ryby, jedna osoba operuje rękojeścią podbieraka, a druga liną przywiązaną do obręczy. Inną popularną metodą jest zarzucenie pętli z liny na ogon rekina. Metoda ta ma jednak tę wadę, że ryba znajduje się w pozycji pionowej a więc jest narażona na wspomniane przemieszczenie narządów wewnętrznych. Dlatego jeśli decydujemy się na ten sposób lądowania, dobrze jest, jeśli druga osoba pochwyci rekina osęką na pysk. Oczywiście osęka nie powinna być ostro zakończona, lub też osoba nią operująca powinna wiedzieć jak jej użyć, aby nie wyrządzić rekinowi krzywdy. Gdy rekin znajdzie się już na pokładzie zazwyczaj nadal usiłuje się obracać wokół własnej osi, co zwykle owocuje tym, że dodatkowo oplątuje się naszym zestawem. Dlatego ważne jest, aby można go było szybko rozłączyć (agrafki) i odplątać rybę. Przy wyhaczaniu niezbędna jest ostrożność z uwagi na niezwykle ostre zęby ryby. Często najlepszym rozwiązaniem jest po prostu odcięcie przyponu ugryzieniowego. Przy wypuszczaniu ryby, jeśli wymagana jest reanimacja, należy pamiętać, że rekin nie posiada komory skrzelowej, dlatego nie jest w stanie wytworzyć przepływu wody przez skrzela w bezruchu. Dlatego niezbędne jest w takim przypadku poruszanie rybą w przód i w tył, aby przepływ ten zapewnić. Jednak, jeśli użyjemy odpowiedniego sprzętu, i nie będziemy ociągać się z odhaczeniem i wypuszczeniem ryby, przestrzegając przy okazji podstawowych zasad, rekin zwykle wróci do wody w dobrym stanie.