maja 13, 2007

Dwa wieczory w Dingle

Zbliża się okres ochronny na irlandzkiego bassa. Trwa od 15 maja do 15 czerwca – to jeszcze trzy dni. Spotykamy się na znanej plaży w Dingle. Jak zwykle napawamy się widokiem wzgórzy otaczających zatokę.

Chmur kładących się na ich szczytach,

rozległych pastwisk na ich zboczach przylegających do morskiego brzegu,

bajecznie położonych zabudowań,

jak również pięknem tego co pod naszymi nogami.

Nie wyłączając morskiego dna odsłoniętego akurat przez odpływ.

Robimy krótki przegląd przynęt, po czym zakładamy te, co zawsze i zaczynamy działać.

Wszyscy łowimy odkryciem tego sezonu, sprawdzającymi się doskonale, 9-cio centymetrowymi bezsterowymi woblerami. Powiedzieć można – boleniowymi. Nie mija wiele czasu a tuż przy swojej przynęcie, przy samym brzegu widzę chlapnięcie i przewalające się ciało bassa. Chwilę potem Paweł ma na wędce rybę, wymiarowego labraksa (wymiar ochronny to 40cm), którego pewnie ląduje. Paweł za przynętę używa zeszłoroczny hit, 3 cm pomarańczowego, twistera na 3 gramowej główce. Moi bardziej doświadczeni koledzy zgodnie stwierdzają, że ponieważ jest widno lepiej przestawić się na te właśnie gumki. Ja również dostaję taką przynętę z arsenału Tomka. Jednak zarówno szczęśliwy łowca jak i ja mamy wrażenie, że bass przypłynął tu za woblerem a w gumę uderzył „z rozpędu” po nieudanym ataku na woblera. Po dłuższej chwili bezowocnego jig-owania decyduję się powrócić to woblera. Ta decyzja przynosi prawie natychmiastowy rezultat w postaci kolejnego bassa

Zaczyna zmierzchać a my rzucamy zapamiętale

W pewnym momencie Paweł zacina dużą rybę, która walczy zapamiętale

Okazuje się, że to ponad 2-u kilogramowy, mullet czyli po polsku cefal

Tego dnia kończymy ze wspólnym wynikiem 6 bassów, 1 mullet i 2 malutkie rdzawce. Następnego dnia czekam na wieczór. Niestety wieje porywisty wiatr (taki, co zrywa czapki). Nawet nie dzwonię do Tomka spytać się jak warunki na zatoce w Dingle. Nie dzwonię, za to On dzwoni do mnie. „Przyjeżdżasz? Tutaj wcale nie wieje, woda jest OK.” słyszę w słuchawce. To mi wystarcza i 15 min później już jestem w drodze. Po 45min dojeżdżam do zatoki. Odpływ w pełni, to dobrze.

Wysiadam, zaczynam gotować sprzęt…. Ale, ale, miało nie wiać… Rozczarowany stwierdzam, że jednak wieje i to równie mocno jak w Tralee. No, ale co robić, skoro już tu jestem. Idę na plażę i próbuję rzutu. Wiatr znosi woblera i w efekcie ściągam go zupełnie z boku, bania na plecionce, nie da się łowić. Mijam plażę i idę na wysunięty cypel, po drodze mijając pozostałości nieudanego wodowania łodzi.

Tu mam wiatr w plecy, więc liczę, że jakoś się uda. Rzeczywiście udaje się – łowię dwa, rdzawce nieprzekraczające 20-tu centymetrów. Mam dość, wiatr się wzmaga. Wracając wzdłuż plaży rzucam od niechcenia przynętę. Efekt jak poprzednio. W połowie drogi rzucam jeszcze raz i…. barnie. Po kilku minutach emocji ląduję ponad 40cm labraksa

Kolejny rzut i kolejne branie! Tym razem ryba spada. To dodaje mi nowych sił i nadziei. Zapada noc. Kolejne 2, 3 rzuty i kolejny bass na mojej wędce. Tym razem to ja wygrywam i ląduję kolejnego bassa – nieco mniejszego, ale również wymiarowego (wymiar ochronny 40cm).

Wracam do wędkowanie kolejne kilka rzutów i znowu ryba na wędce! Niestety po dłuższej walce, już przy brzegu udaje się jej uciec. Może warto w tym miejscu nadmienić, że bass walczy jak mało, jaka ryba. Jest silny i bardzo szybki. Szamocze się i gwałtownie zmienia kierunek ucieczki. Na pewno nie jest łatwym przeciwnikiem – i ta siła! Po kolejnych kilku rzutach odnotowuję kolejne branie i kolejny spad, po kilkuminutowej walce. Jednak Tomek miał racje. Co prawda mylił się co do wiatru, ale takich brań bassów jeszcze nie widziałem. Żerowały, dosłownie jak szalone.
No i w końcu nadchodzi ten moment. Kolejne branie i kolejna walka w toku. Tym razem pamiętając poprzednie dwa spady jestem bardzo czujny. Walczę z rybą niespiesznie i staram się użyć całych swoich umiejętności. Bass walczy wściekle, szarpie wędką i raz po raz wysnuwa żyłkę z kołowrotka. Dwukrotnie w czasie walki luzuję nieco hamulec czując potężną siłę ryby na wędce. Ryba wydaje się tym silniejsza im bliżej brzegu. Jeszcze jeden zryw. Jeszcze jeden odjazd. Jeszcze raz wędka wygina się i szarpie. W końcu udaje się, po wielominutowej walce, na brzegu ląduje największy mój dotychczasowy labraks. Minimalnie ponad 60cm i lekko ponad 2kg

Emocje jeszcze mną szarpią. Takiej walki jeszcze nigdy nie stoczyłem z rybą. Porównując z bass-em, szczupak podobnych rozmiarów jest niczym francuski piesek. Stoję na brzegu w kompletnych ciemnościach i oddycham głęboko. Jestem zadowolony, jednak telefon Tomka zachęcający mnie do przyjazdu był najlepszym punktem tego dnia (nie licząc holu). Dochodzi 23. Zapalam latarkę i wracam do samochodu. Jestem tak wyluzowany, że większą część drogi jadę ledwo 90-tką, czuję się jak na wieczornym spacerku, pełen luz i satysfakcja.

maja 04, 2007

Labraks - europejski bass morski

Cel wyprawy: labraks czyli europejski bass morski (Dicentrarchus labrax). Miejsce to oczywiście plaża o zmroku, kiedy to bassy podchodzą blisko brzegu w poszukiwaniu zdobyczy. Pogoda idealna – kończący się ciepły i słoneczny dzień, odpływ w pełni umożliwiający zbliżenie się do przełomu głębszej i płytkiej wody, prawie bezwietrznie, powierzchnia wody lekko sfalowana, co pomaga ukryć swoją obecność przed czujnymi i ostrożnymi bassami.
Razem ze znanym części z Was kolegą meldujemy się na plaży późnym wieczorem, tuż przed zachodem słońca. Będziemy łowić na bezsterowe 9-cio centymetrowe woblery. Wędki około 3m, kołowrotki rozmiaru od 3000 do 4000. Maszerujemy niespiesznie w dół plaży, wzdłuż ciągnącego się przy niej pastwiska. W czasie obławiania będziemy wracać w kierunku samochodu. Idąc napawamy się, jak zwykle pięknymi, widokami.

Gdy słońce zbliża się do zachodu zbroimy wędki i rozpoczynamy łowienie.

Jednak tego dnia nie tylko my wybraliśmy się na ryby. Najpierw spostrzegamy niewielki „dziubek” na wodzie. Szybko i bez entuzjazmu stwierdzamy, że to nie ptak tylko foka. W wielu książkach i artykułach można przeczytać, że pojawienie się foki jest najlepszym sygnałem do zwijania sprzętu. Ona również poluje na ryby z tym, że w odróżnieniu od nagiej małpy może je aktywnie ścigać. A to jak wiadomo sprawia, że ryby przestają żerować i uciekają szukając schronienia. Nie zniechęcamy się jednak, tłumacząc sobie, że w końcu może przepłoszy trochę ryb w kierunku płytkiej wody gdzie nie będzie się zapuszczać, więc być może i my na tym skorzystamy. Kontynuujemy obławianie. Po dłuższym czasie Tomek zacina w końcu bassa. Labraks to bardzo silna ryba i niesłychanie waleczna. Rozgina kotwice w woblerach i gwałtownie i szybko zmienia kierunek ucieczki w czasie holu. Trzeba się wykazać opanowaniem i cierpliwością, ponieważ chęć szybkiego zakończenia holu lądowaniem ryby zazwyczaj kończy się jej utratą.

Jednak wprawiony w zmaganiach z bassami Tomek tym razem przechyla szalę na swoją stronę.

Ja mam jedno puknięcie, jedno przytrzymanie, ale nic poza tym. W końcu daje się słyszeć w oddali plusk wody i charakterystyczne „pfffu”. To przybyły delfiny – to ostatecznie kończy nasze złudzenia – pora się pakować. Ja tego dnia bez bassa, ale za to „złowiłem” sporego kraba. Gdy złapał w szczypce woblera, którego ja trzymałem w palcach miałem okazję poczuć jego siłę – naprawdę nie chciałbym żeby złapał mnie za palec.

Jak widać na zdjęciach krab trzymał w „rękach” samicę...
Tego dnia koniec – wracamy do samochodu i umawiamy się jutro o tej samej porze w tym samym miejscu.
Program kolejnego dnia połowu taki sam – z tym, że nie widać foki ani delfinów. Jak zwykle Tomek pierwszy zacina rybę, po krótkim holu okazuje się że to nie mały bass a troć.

Tego wieczoru jest wiele skubnięć i przytrzymań, labraksy podeszły i żerują. W krótce raz-dwa łowimy po bassie. Najpierw Tomek

A potem ja – swojego pierwszego w życiu labraksa.

Misja zakończona, ląduję 50-cio centymetrowego bassa po ostrożnym holu. Nie jest duży, ale i tak cieszy. Większe jeszcze na mnie czekają.

kwietnia 29, 2007

Lough Allua

Jedziemy do położonego pomiędzy Ballingeary a Inchigeelagh centrum wędkarskiego Tir na Spideoga nad jeziorem Allua w hrabstwie Cork. Cel wyprawy: zdecydowanie szczupak – to będzie mój pierwszy szczupak, albowiem jedyny, jakiego do tej pory złowiłem miał około 20 cm, więc tak naprawdę się nie liczy. Na miejscu jesteśmy jakieś 20 minut przed 10-tą. Właściciel centrum wędkarskiego, Greg, jest Niemcem od 16-tu lat mieszkającym w Irlandii. Poza wypożyczaniem łodzi można na miejscu również kupić sprzęt, zjeść oraz oczywiście przenocować (B&B – nocleg ze śniadaniem). Wypożyczamy na cały dzień łódź (trzy osoby spokojnie mogą z niej wędkować) i zatankowany do pełna silnik spalinowy Yamaha (całe 2.5 KM), plus 5-cio litrowa bańka paliwa (rezerwa) za jedyne €30. Echosondę można wypożyczyć za €5, kolega mówi, że nie potrzebna a ja w decydującym momencie zapominam o tej możliwości. Jedziemy (a właściwie wracamy) na przystań, przepakowujemy graty na łódź i odbijamy. Tego dnia Greg również jest na wodzie, jako przewodnik dla dwójki Anglików. Poza Anglikami spotykamy jeszcze Litwinów i Węgrów. Jest dość ciepło, niestety niskie ciśnienie, umiarkowany wietrzyk, który czasami zupełnie zanika i co jakiś czas drobniusieńka mżawka. Pierwsze miejsce to płytki i wąski kanał, obrzucamy go dość dokładnie, ale bez efektów. Wypływamy, więc na otwarte wody i zmierzamy do pierwszej miejscówki. Mój kompan jest już nie pierwszy raz na tym jeziorze i zna kilka miejsc godnych uwagi. W około jak zwykle przepiękne, zielone, irlandzkie krajobrazy. Teraz może kilka słów o przynętach. Kolega próbował łowić na skutecznego w czasie swoich poprzednich wypraw jerka imitującego okonia Salmo Slider numer 10. Ja również na udającego okonia pływającego Gloog-a. Poza tym próbowałem rozmaitych obrotówek oraz oczywiście ripperów, choć jak mówił kolega – „tutaj na gumę nie biorą” – myślę że trochę w tym przesady bo jak mogą nie brać na gumę? On po prostu jest fanem woblerów a w szczególności bezsterowców. Jednak wszystko to okazało się nic nie warte. Tego dnia uratowała nas, Rapalla ponieważ tylko na te woblery mieliśmy brania. Skuteczne były nie zawodne jak zwykle x-rap-y w barwach okonia i gold. Całe przedpołudnie pływaliśmy bez efektu, nie licząc dwóch maluszków (20 – 30 cm) W końcu około południa kolega zacina, holuje i podbiera pierwszego szczupaka. Po jakimś czasie napływamy na miejscówkę pomiędzy pionowymi skałami a wyspą z trzciny. Kolega ma potężne branie i zaczyna holować sporego szczupaka. Ryba zbliża się do łodzi i widzimy jego rozmiary – nie mamy wątpliwości, że to metrówa. Niestety, po raz kolejny sprawdza się powiedzenie, że największe ryby zostają w wodzie. Szczupak mija łódź zmieniając tym samym stronę, którą obrócony jest w kierunku wędki, wobler wypada mu z pyska – odpływa niespiesznie… Kontynuujemy obławianie w kierunku zachodniego krańca jeziora, łowimy kilka małych okoni. W końcu w niewielkiej zatoczce zacinam szczupaka słuszniejszych rozmiarów, na oko ma ponad 70cm. Jednak i w moim przypadku sprawdza się stara wędkarska prawda. Przy samej łodzi szczupak gwałtownym zrywem w fontannach wody wytrząsa woblera i znika w toni. Teraz znowu kolej na mojego towarzysza. Tym razem szczupak 71cm ląduje w łodzi Zdjęcia, mierzenie i do wody Na jeziorze wolno zabrać jednego szczupaka, poniżej 50cm – nie zamierzamy jednak korzystać z tej możliwości. Wreszcie nadchodzi moja chwila – po pełnym emocji holu ląduje w łodzi mój największy jak do tej pory szczupak – uczciwa 60-tka Również wraca do wody.
Płyniemy dalej, przeciskając się przez płycizny i pilnując na dziobie, aby nie zawadzić o podwodne skały widzę pod wodą pierzchające przed łodzią całe ławice ryb, które rozmiarami przypominają mi 2-u, 3-rzy kilowe karpie, które łowiłem w zeszłym roku – to tutejsze leszcze. Tutaj prawie nikt nie łowi białorybu, tak, więc natychmiast przychodzi myśl, że gdyby zanęcić jakąś miejscówkę… Robi się popołudnie, zaczynamy wracać obławiając ponownie miejsca, w których mieliśmy poprzednio brania w tym poprzednie stanowisko naszego metrowego kolegi. Bez efektu – na pocieszenie wyciągam ładnego okonia – to również największy, jakiego do tej pory złowiłem. około 19 zaczyna się już szarówka a na dodatek zaczyna mocno padać. Płyniemy na przystań, to był dobry, uczciwie przespinningowany dzień. Na pewno tu wrócimy. W sumie złowiliśmy 4 czy 5 szczupaków i kilka okoni, gdy oddajemy silnik okazuje się, że mieliśmy lepszy wynik niż Greg i Anglicy, którzy złowili tylko dwa szczupaki po 50 cm i 60 cm
Dla zainteresowanych telefon do Grega +353 26 47 151

kwietnia 26, 2007

Malutki konger i eksperyment z feederem


Tego dnia postanowiłem sprawdzić czy z brzegu na Atlantyku można łowić poczciwym feeder-em, jakiego cały zeszły rok używałem na Wiśle i rozmaitych wodach stojących. Zamiast mocarnego beachcastera, uzbroiłem feeder o cw. do 110g. Przez roztargnienie zamiast szpuli z żyłką 0.26 wziąłem szpulę z resztką zeszłorocznej 0.22. Ponieważ do był eksperyment, niezrażony dowiązałem do niej zestaw typu paternoster na żyłce do 14kg (około 04 – 0.5 na oko) z ciężarkiem 100g i hakiem 4/0
Eksperyment zakończył się pełnym powodzeniem, mimo bardzo cienkiej, jak na warunki połowu, żyłki, udało się wyholować kilka rekinków psich oraz malutkiego kongera, którego można oglądach na zdjęciu. Eksperymentalny zestaw to feeder Shimano Hyperloop o długości 3.6m i cw. do 110g, kołowrotek Shimano Catana 4000FA z resztką starej żyłki Mikado Ultrafiolet.

kwietnia 25, 2007

Rdzawiec


Ten, ponad pięćdziesięciocentymetrowy rdzawiec (pollack) został złowiony z brzegu, po zmroku w miejscowości Ventry. Połaszczył się na niewielki bezsterowy wobler, jakiego zwykle używa się na bolenia. Na wstawce widać jak nietypowo wobler utknął podczas czasie brania w jego pysku. Tego wieczoru udało się złowić jeszcze wiele, rdzawcy ale ich długość nie przekraczała 20 cm. Rdzawce agresywnie żerowały gdyż pogoda dopisywała, a księżyc świecił jasno i mocno. Ryba złowiona na wędkę Dragon Millenium Heavy Duty Power Jig 5g – 25g długości 2.4m z kołowrotkiem Shimano Catana 2500FA i plecionką Berkley Fireline. Hol był dość krótki a ryba nie walczyła mocno, prawdopodobnie z powodu nietypowego zacięcia.